czwartek, 29 czerwca 2023

Najprostszy możliwy reduktor mocy do lutownicy oporowej, żarówki, małej grzałki itp.

Kiedy w lutym roku 2017 montowałem swoje radyjko UKF "Belcanto", to specjalnie "pod ten projekt" zakupiona w "Kauflandzie" groszowa, ale ostatecznie niezła jak za takie pieniądze (wówczas jeszcze za 20 złotych) chińska lutownica oporowa "My Project" zdążyła jedynie to radio "wyrzeźbić", po czym końcówka grota stożkowego dosłownie wybuchła czy się stopiła, a jego skracanie i ponowne formowanie szpica na szlifierce nic nie dało, bo skrócony grot to przecież znacznie mniejsza część wsunięta do wnętrza grzałki, więc i lutownica przestała prawidłowo topić cynę. Gdybym wtedy miał możliwość zredukowania jej mocy o połowę, np. z 40 do 20 watów, to zapewne działałaby może i do dziś, bo pełna moc jest potrzebna tylko w niektórych nadzwyczajnych sytuacjach, tzn. przy lutowaniu nieco większych elementów, cynowaniu kabli, montowaniu gniazd itd. itp.

W międzyczasie, tzn. jeszcze przed tą całą historią epidemiologiczną, na targu w Bielawie zakupiłem dwie sztuki lutownicy o bardzo podobnej konstrukcji (po 5 złotych za sztukę), także o mocy 35 ... 40 watów oraz z "grotowaniem" stożkowym (zalecanym zazwyczaj do prac z elementami SMD). Tych lutownic nie uruchamiałem, bo zdawałem sobie sprawę, że przy pełnej mocy "szlag je trafi" w przeciągu kilku ... kilkunastu godzin (o ile nie wyłączamy ich w momencie odchodzenia na dłuższy czas od stanowiska pracy) lub w okresie kilku tygodni czy miesięcy, o ile obchodzimy się z naszą kolbą nieco łaskawiej.

A wystarczyło przecież zrobić sobie reduktor mocy na szeregowo wpiętej krzemowej diodzie prostowniczej (katoda "idzie" w kierunku lutownicy). Szeregowo znaczy, że rozcinamy jedną z żył zasilających, wstawiamy diodę prostowniczą na napięcie przynajmniej 600 V i obciążalności nie mniejszej niż 1 amper (czyli nawet już pospolita groszowa 1N4006 czy 1N4007 wystarczy). Osobiście wpierdyknąłem tamże porządniejszą pięcioamperową krzemową "damperową" diodę na napięcie 1200 V, którą wydłubałem z układu odchylania starego kineskopowego telewizora z lat dziewięćdziesiątych XX wieku (napis na diodzie to "FMP-G2FS", jest to element w obudowie TO-220, katoda z lewej strony).

użyłem niemal identycznej "damperówki"

Diodę umieściłem od razu w starym gierkowskim gnieździe nadtynkowym (takim z hermetycznymi zamkniętymi jednolitymi "pleckami"), a kabla razem z wtyczką użyczyła popsuta suszarka do włosów. Odgiętkę zrobiłem z jakiejś koszulki otaczającej wiązkę kabli (chyba samochodowych).

Tak toto wygląda:

Powyższy układ dostarcza do lutownicy tylko połowę mocy (prostowanie jednopołówkowe, czyli "zjada się" jeden półokres, czyli mamy redukcję mocy). Od razu sprawdziłem działanie reduktora. Lutownica nagrzewa grot o wiele wolniej, co jest faktycznie jakimś tam mankamentem, ale jej nie przegrzewa, wydłuża żywotność, zapobiega "odparzaniu" padów na płytkach drukowanych oraz powoduje, że znacznie trudniej jest "przegrzać cynę".

Jeśli więc mamy w naszej domowej sieci równe 240 VAC (= prąd zmienny), to za diodą możemy zmierzyć około 105 .. 120 VDC (= prąd stały, tętniący, wyprostowany jednopołówkowo). Redukcja mocy (czyli również napięcia i natężenia) wynosi 50 procent lub minimalnie powyżej i jej stopień może zależeć od oporności własnej grzałki oraz (w znacznie mniejszym stopniu) od typu użytej diody.

UWAGA!!! TO DZIAŁA TYLKO I WYŁĄCZNIE Z OBCIĄŻENIAMI OPOROWYMI I NIEINDUKCYJNYMI TYPU LUTOWNICE GRZAŁKOWE CZY ZWYKŁE KLASYCZNE ŻARÓWKI Z DRUCIKIEM WOLFRAMOWYM (CZYLI NIE MOGĄ BYĆ OBSŁUŻONE LUTOWNICE TRANSFORMATOROWE CZY NOWOCZESNE IMPULSOWE/TRIAKOWE/TRANSFORMATOROWE STACJE LUTOWNICZE)!!! PODŁĄCZENIE NIEWŁAŚCIWEGO URZĄDZENIA W NAJLEPSZYM RAZIE NIC NIE DAJE, A W NAJGORSZYM ZNISZCZY TO URZĄDZENIE!!!

NIE ZAPOMNIJ O INSTALACJI STOSOWNEGO BEZPIECZNIKA TOPIKOWEGO!!!

RYZYKO PORAŻENIA PRĄDEM!!! RYZYKO POŻARU!!! PO WYKONANIU OBOWIĄZKOWO POKAŻ SWÓJ PROJEKT ELEKTRYKOWI Z UPRAWNIENIAMI!!! UMIEŚĆ TRWAŁY NIEŚCIERALNY NAPIS OSTRZEGAWCZY "LUTOWNICA"!!! JEŚLI MASZ JAKIEKOLWIEK WĄTPLIWOŚCI, TO NIE RÓB I KUP STACJĘ LUTOWNICZĄ ZA 70 ... 100 ZŁOTYCH (TAKĄ Z REGULOWANĄ TEMPERATURĄ GROTA)!!!

Dioda 1N4006 czy 1N4007 to jednoamperówka, więc nie wolno jej używać z lutownicami oporowymi o mocy większej niż 100 watów (aha, katoda jest oznaczona paskiem na obudowie). Moja dioda jest pięcioamperowa, więc nie powinna współpracować z obciążeniami większymi niż 500 ... 600 watów (ponieważ nie została umieszczona na specjalnym dedykowanym radiatorze). Podane powyżej dane krańcowe są celowo nieco zaniżone w dół, ale lepiej zachować zdrowy rozsądek, bo kiedy Chińczyk drukuje na diodzie napis "1N4007", to może to być także nierzadko "podróba", kłamstwo, oszustwo czy wersja oszczędnościowa "dla jeleni".   

Gdyby ktoś chciał zainstalować przełącznik wybierający 50%/100%, to na krańcach/końcówkach diody należy umieścić przełącznik bistabilny (koniecznie z klawiszem wykonanym z tworzywa sztucznego!!!). Zwieranie diody przełącznikiem wyśle do obciążenia (np. lutownicy) pełną moc, czyli 100%, a rozwarcie przełącznika uruchomi reduktor, więc do grzałki dotrze 50% napięcia/natężenia/mocy.


Jestem akurat naprawdę bardzo zadowolony z tego "zerozłotowego" patentu. Może ktoś skorzysta.

 

(Marcin Perliński)

wtorek, 13 czerwca 2023

Rosyjskie "chuligańskie" półoficjalne hobbystyczne pasmo "obywatelskie" 3 MHz AM (100 metrów)

Rosja to stan umysłu, więc i ichniejsi radiowariaci miewają różne ciekawe pomysły i poglądy.

Było sobie kiedyś wojskowe zastrzeżone radzieckie pasmo radiowe 3 MHz (długość fali w okolicach 100 metrów oraz "lambdowo" minimalnie poniżej, czyli częstotliwościowo gdzieś tak do 3.2 MHz maksymalnie). No było, ale się zbyło, więc powstała niezagospodarowana luka, po którą samowolnie i samozwańczo sięgnęli amatorzy fal radiowych, aby działać tamże w trybie fonicznym z modulacją amplitudową AM, a rząd ich specjalnie za to nie ściga, przymyka oko i jedynie w teorii grożą tamże za to raczej symbolicznie spoziomowane kary grzywny odpowiadające kilku setkom naszych polskich złotych, o ile komuś przyjdzie akurat do głowy taką karę nakładać, bo polowania na czarownice rosyjskie władze jakoś specjalnie nie uskuteczniają. 

Dlaczego więc Rosjanie tak chętnie poruszają się w półlegalności? Odpowiedź jest dość złożona, bo przede wszystkim spowodowane jest to samą naturą ich kraju. Dużo ludzi, ogromne tereny, sporo regionów prowincjonalnych o wyraźnie niższej zamożności obywateli w porównaniu z aglomeracjami, fajne warunki propagacyjne (setki do tysięcy kilometrów zasięgu), trochę mniej zaskwierczone elektrosmogiem częstotliwości, mniejszy tłok eterowy, brak większej ilości "radiowych chamów" dmuchających "grubymi Stefanami" na poziomie kilowatów oraz przede wszystkim konstrukcyjna i wręcz prymitywistyczna prostota sprzętu, bo na tak niskich częstotliwościach można budować nadajniki czy odbiorniki dosłownie byle jak i z byle czego, choćby ze złomu elektronicznego, czyli bez wydawania nawet jednej kopiejki. Rosyjska dusza żyje sobie względnie spokojnie w "izbuszkach", daczach czy "kwartirach" na terenach "padmaskowia" czy na słabo zaludnionych obszarach syberyjskich, gdzie życie płynie wolniej, spokojniej, ma się mnóstwo czasu na hobby, można sobie pomajsterkować, poszerzyć umiejętności i wiadomości szkolne, nawiązać jakieś tam hobbystyczne kontakty z osobami o podobnej sytuacji życiowej. Na trzech megahercach Rosjanie działają więc na luzie, bez spinania się, bez szpanowania, kupowania drogiego sprzętu, bo tu liczy się zwykła pasja, radość, pokój i spokój ducha, czyli cechy dość nietypowe w zachodnioeuropejskim ultrakapitalistycznym turbozeszmaceniu. Wszechświat już ma takie prawidła, że nie lubi pustki i pięknie sam się zagospodarowuje. Na nieco podobnej zasadzie działają nasi CB-radiowcy nadający w okolicach 27.555 MHz, czyli w nielegalnym u nas zakresie powyżej "oficjalnej czterdziestki" czy Hindusi szalejący między wioskami AM-owo w paśmie 6 ... 7 MHz lub Holendrzy "wariujący" na falach średnich. No i o Włochach też chyba nie muszę wspominać, gdyż nadają dosłownie wszędzie i wstydu swojemu rodakowi o nazwisku Marconi nic a nic nie przynoszą.

Oto przykładowe rozmowy przedstawicieli rosyjskiego pasma "chuligańskiego":

źródło: YO3HJV

Informację powyższą umieszczam bardziej jako ciekawostkę, ponieważ z perspektywy typowego Polaka naprawdę nie ma nadzwyczajnej potrzeby sięgać po rozwiązania nielegalne. Liczę jednak na to, że znajdą się radiokonstruktorzy-pasjonaci chcący choćby czysto edukacyjnie przetestować warunki propagacyjne, np. poprzez budowę prostego odbiornika (zapasowy mirrorek tutu) lub drobną przeróbkę starego złomowego radioodbiornika fabrycznego.

Oprócz 3 MHz "chuligaństwo", podobnie zresztą jak w przypadku Europy Zachodniej, "odbywa się" również na częstotliwościach zbliżonych do 1.6 MHz, gdzie przeważają już emisje rozsiewcze, czyli broadcastingowe, przejawiające się głównie w postaci nadawania muzyki, której właściwie i tak mało kto słucha.


widełor zapasior

dalsze materiały


(Marcin Perliński)

czwartek, 8 czerwca 2023

Szyfr Polibiusza, czyli jak zapuszkowani rewolucjoniści porozumiewali się w carskich więzieniach

Szyfr Polibiusza to obok wystukiwania alfabetem Morse'a oraz gestów literowych wykonywanych "kończynami górnymi" najpopularniejsza forma porozumiewania się przez ludzi zapuszkowanych w pierdlu, niewoli, stanie internowania, kwarantannie, izolacji koszarowej itd. itp. 

Jest to coś znane już od czasów starożytnych, przy czym szczyt masowej popularności osiągnęło w czasach rewolucyjnych, a później i gułagowych. 

Polibiuszem posługują się ludzie uwięzieni do dnia dzisiejszego.

System jest prosty jak budowa cepa i nie wymaga pamięciowego opanowania, o ile mamy pod ręką rozpiskę, którą można również wyskrobać na murze czy narysować patykiem w piachu,

Jeśli chcemy więc nadać literę T, to wystarczy wystukać choćby w kaloryfer czy ścianę cztery razy długo i cztery razy krótko. I nie muszą to być wcale sygnały akustyczne, bo można także puszczać zajączki lusterkiem, migać żarówką, przesłaniać świeczkę lub machać kawałkiem szmaty, a nawet dłońmi.

O takim sposobie porozumiewania dowiedziałem się dzisiaj zupełnie przypadkowo przeglądając jutubny kanał Wiktora Gonczarowa.


Proponuję dobrze to sobie zapamiętać, bo raczej nie każdy zna grypserową "gajówę", a patent Polibiusza szybko opanuje nawet słabo ogarnięty umysłowo przedstawiciel człowieka sapiącego podwójnie.

 

(Marcin Perliński)

piątek, 5 maja 2023

Wejściowy wzmacniacz wielkiej częstotliwości na tylko jednym tranzystorze JFET — przymiarka teoretyczna

Jest taki jeden bardzo kumaty i zdolny krótkofalowiec-konstruktor, który od lat tworzy fajny sprzęt radioamatorski o dużym stopniu uproszczenia, więc jego projekty są naprawdę bardzo często i chętnie wykorzystywane przez "radiolutowaczy" — nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Jest to kolega SP5DDJ (Włodek Salwa). 

Kilka lat temu na stronie qrpkits.com trafiłem na ciut bardziej komercyjną wersję "Lidii", właśnie autorstwa Włodka (jako kupny zestaw do samodzielnego montażu), różniącą się od edycji "regularnej" tym, że miała dołożony prosty (przed)wzmacniacz wielkiej częstotliwości na jednym tranzystorze polowym JFET z kanałem N, niezmiernie ciekawy, bo mniej lub bardziej aperiodyczny (czyli niestrojony, więc na upartego mogący pracować i całkowicie bez cewek). I już wtedy przerysowałem se fragment tego schemaciku do jednego z moich licznych kajetów, a obecnie przymierzam się do wykonania takiego układu (z przeznaczeniem do odbioru pasm krótkofalowych, a w pierwszym rzędzie do zauważalnego poprawienia czułości).

Oto schematek:


Na wejściu powinien być dwuobwodowy filtr pasmowy, ale jeśli się pokombinuje od razu z anteną o eksperymentalnie dobranej długości, doprowadzoną do bramki (bez kondensatora 1 nF lub i z nim bądź nawet z jakimś innym o mniejszej pojemności), to też musi zadziałać (można jedynie dopierdyknąć zabezpieczenie na dwóch "przeciwbieżnych" diodach impulsowych 1N4148 lub innych lepszych, także szybkich, lecz jeszcze bardziej wysokonapięciowych, aby ładunki statyczne z długiej anteny zewnętrznej nie "uwaliły" tranzystora polowego).

rysunek: Andrzej Kusiak (ex SP2HLS)

Wyjście z układu przez kondziorek 1 nF, zasilanie 8 woltów, a zworka służy do bypassowania/omijania, czyli wyłączania wzmacniacza, kiedy sygnał jest zbyt mocny, czyli powodujący przestery czy wręcz zatykanie się tranzystora. No i jeszcze jedna istotna uwaga jest taka, że jeśli na wejściu tegoż wzmacniacza umieścimy filtr pasmowy, to uzyskamy konfigurację strojoną (rezonansową), czyli już nie aperiodyczną, czyli siłą rzeczy skuteczniejszą.

Może się ktoś zainteresuje. Wstępnie polecam do rozważenia, choć sam jeszcze tego nie wykonywałem, jednak zamierzam to zrobić dosłownie na dniach.

Dobry filtr pasmowy dla zakresu 80 metrów może wyglądać tak oto:

rysunek: SP5AHT (Andrzej Janeczek)

Obie cewki rezonansowe (dłuższe na rysunku, czyli te wewnętrzne) mają po 10 mikrohenrów, a uzwojenia sprzęgające po około pięć zwojów. Grubość drutu nawojowego w emalii (DNE) to 0.2 mm. Jest to filtr przystosowany do anten o impedancji 50 ... 75 omów (jeśli masz inną, czyli np. wysokoimpedancyjną antenę typu Long Wire, to należy ją podpiąć nieco inaczej, a mianowicie do lewego na schemacie krańca kondensatora 5 pF). Można wykorzystać korpusy np. wyjęte z telewizora "Libra" (takie z rdzeniuszkiem-pokręcuszkiem) lub obwody 12x12 czy 12x28 lub nawet nieco gorsze 7x7, przy czym we wszystkich przypadkach należy je nawinąć samodzielnie od nowa i oczywiście zestroić, choćby "uchometrem", na maksymalny sygnał. Stroimy przez ostrożne pokręcanie rdzeniem w lewo lub w prawo (uwaga na kruchość rdzeni, czyli nic na siłę!!!). Wszystkie wymienione typu korpusów ("Libra", 12x12, 12x28, 7x7) są konstrukcjami ekranowanymi, czyli mają fabryczną obudowę w postaci metalowego kapturka, który ma być elektrycznie/galwanicznie podpięty do masy, a na karkasach nawijany tyle zwojów, aby osiągnąć wspomniane 10 mikrohenrów, czyli tylko dla korpusów od "Libry" uda się nam to w jednej warstwie, bo są największe (średnica samego karkasu to aż 7 mm, więc i dobroć cewki najlepsza), a na pozostałych już trzeba działać kilkuwarstwowo, więc bez prostego przyrządu do pomiaru indukcyjności może być naprawdę bardzo ciężko. Wyjście filtra pasmowego w punkcie oznaczonym dwójeczką. Fizycznie nawijanie oraz podpięcie pojedynczego obwodu (czyli połówki całego filtru) wygląda zazwyczaj tak oto (karkas oczywiście z rdzeniuszkiem-pokręcuszkiem):

rysunek: harcmistrz Andrzej Pelczar (SP9ADU), cewka LA to rezonansowa, LB to sprzęgająca, góra cewki LA wyprowadzona do prawego kabelka (skrajnie po prawej stronie na płytce), góra cewki sprzęgającej LB tuż obok (także na płytce, w lewo od wyprowadzenia góry cewki LA), masy (doły obu cewek) spięte zusammen do kupy jako wyprowadzenie po lewej stronie karkasu wspólnym punktem z napisem "masa"

 

Jest dopuszczalne użycie gotowych fabrycznych kupnych dławików osiowych 10 mikrohenrów bez wykonywania uzwojeń sprzęgających (a nawet bez ekranowania), o ile kondensator 5 pikofaradów zastąpimy trymerem 40 pF, a oba kondensatory rezonansowe damy 182 pF zamiast 180 pF według tego schematu:


Trymer ustawiamy w takiej pozycji, aby odbierany sygnał był najgłośniejszy.

Układ na fabrycznych dławikach osiowych ma wprawdzie nieco gorsze parametry, ale wzmacniacz wielkiej częstotliwości powinien wystarczająco dobrze kompensować tenże niedostatek.

A poniżej jeszcze jeden przykład zastosowania:

źródło: myhomehobby.net


(Marcin Perliński)

czwartek, 4 maja 2023

Krótkofalarska specyfika wschodnia, czyli ŻUK, ŻENIA, SZCZUKA, CHARITON, (MIAGKIJ) ZNAK, IWAN KRATKIJ

Dziś robiłem nasłuchy na moim odbiorniku globalnym dla ubogich oraz przy wykorzystaniu własnego wystrugu BFO. I tradycyjnie część krótkofalowców ze wschodu w czasie prowadzenia łączności narodowych i bardziej lokalnych posługiwała się własnym językiem oraz tubylczym sposobem literowania, co nie jest niczym dziwnym, ponieważ my Polacy także mamy Adama, Barbarę, Celinę itd. 

O ile większość wschodnich literek identyfikujemy natychmiast, to w kilku przypadkach trzeba dysponować ciut większym poziomem wtajemniczenia. 

Oto mała pomoc dla ludzi znających już cyrylicę:

źródło wiedzy stąd oto, a mirrorek tutu


A dla pozostałych szybka ściąga z maksymalnym ufonetycznieniem, czyli z myślą o naprawdę "całkowicie zielonych":


A = Anton

B = Baris

C = Centr

D = Dmitrij

E = Jeliena

F = Fjodar

G = Galina

H = Chariton

I = Iwan

J = Iwan Kratkij

K = Kiławat

L = Lieanid

M = Michaił

N = Nikałaj

O = Olga

P = Pawieł

Q = Szczuka

R = Radio 

S = Siergiej

T = Tamara

U = Uljana

V = Żenia / Żuk

W = Wasilij

X = Miagkij Znak (lub "znak")

Y = Igriek

Z = Zinaida 


Aha, litera Q, czyli "szczuka", w bardzo szybkiej i niedbałej wymowie może brzmieć raczej jak "sziuka" lub "szuka". Nawiasem mówiąc słowo to oznacza szczupaka.

Pierwotne greckie imię Hariton/Chariton występuje w Rosji  zarówno jako imię, jak i nazwisko, np. współpracownik i przyjaciel Igora Wasiljewicza Kurczatowa, również bardzo znany fizyk jądrowy, czyli gość, który położył Stalinowi na biurku poniklowaną półkulę wykonaną z pierwszego radzieckiego plutonu i odważył się dyktatorowi prosto w oczy powiedzieć "niet" (że z tego jednego kawałka akurat dwóch bomb zrobić się nie da), nazywał się właśnie Jurij Borisowicz Chariton.

I już teraz wiadomo, a reszty nawet przeciętnie inteligentny Polak powinien sam się domyśleć.

Bardzo się zawsze cieszę, kiedy widzę czy słyszę ten spelling, bo Moja Babcia także miała na imię Zinajda (Zinaida).


(Marcin Perliński)


środa, 3 maja 2023

Zagadencja



Nie moje, tylko z apki promózgowej QuizzLand. No i do niniejszego miejsca pasuje. I se można kropki z kreskami porozszyfrowywać.

Oczywiście nauka telegrafii w oparciu o graficznie reprezentowane kropki i kreski (zamiast edukacji akustycznej) to największy możliwy bezmysł, ale na zasadzie świątecznego precedensu można zrobić jednorazowy wyjątek.


(Marcin Perliński)

Radiostacja RBM-1 — czytelny schemat, opis/spis elementów i indukcyjności, faktyczna deklaracja zasięgów na fali przyziemnej

RBM-1 to jednowatowa bateryjna przenośna kwarcowana referencyjnie dziewięciolampowa paszczowo-telegraficzna wojskowa radiostacja mniejszego zasięgu, działająca na falach krótkich od 1.5 MHz do 5 MHz. Odbiornik w niej był superheterodyną. Paszczowość (czyli foniczność) jeszcze jako modulacja amplitudowa (AM). Tor audio na mikrotelefonie z wbudowanym przyciskiem PTT (= z wyglądu całkiem podobne do doręcznej "prysznicokształtnej słuchawki" od klasycznego telefonu kablowego), więc podejrzewam, że mikrofon węglowy i słuchawka elektrodynamiczna średnioomowa (kilkaset omów), a do telegrafii porządne czułe nagłowne magnetyczne, czyli również elektrodynamiczne,  wysokoomowe słuchawki radiokomunikacyjne (przynajmniej dwa kiloomy). Klucz telegraficzny klasyczny sztorcowy. Zasilanie ze specjalnych baterii oraz w oparciu o mechaniczną przetwornicę napięcia, przy czym starsze modele radiostacji takiej przetwornicy jeszcze nie miały, więc zamiast względnie wygodnego tornistra z "odchudzonymi" bateriami i inwerterem trzeba było "tachać" ciężkie pudła/skrzynki z pełnowymiarowymi bateriami (osobno jednorazowe anodowe i akumulator żarzeniowy wielokrotnego użytku), więc i do obsługi/transportu potrzebnych było przynajmniej dwóch ludzi. Przetwornica o takiej konstrukcji jednakże lubiła trochę wariować w ekstremalnie "hardkorowych" warunkach polarnych, o czym przekonała się radziecka ekspedycja/stacja arktyczna, którą wysadzono/posadzono na ogromnej dryfującej krze, o czym można się przekonać czytając niezmiernie interesującą książkę autorstwa małżeństwa Centkiewiczów "Okrutny biegun". To właśnie w ramach tejże ekspedycji urodzony w Białymstoku radiotelegrafista radziecki Ernst Krenkel gołymi rękami i na siarczystym mrozie przez wiele godzin naprawiał przerywaczową silniczkową przetwornicę mechaniczną. I naprawił! Działo się to jeszcze w latach 1937/1938, więc z polarnikami wysłano specjalne i bardzo znacznie  podrasowane/wzmocnione radiostacje (główna 80-watowa i zapasowa 20-watowa) o podstawowej topologii niewiele odbiegającej od RB (3-R), na bazie której nieco później opracowano przecież właśnie RBM-1. Polarnicy radzieccy nadawali  z siedemdziesięciometrowej  anteny Long Wire.

Ówczesne technologie korzystały jeszcze z kwarcu referencyjnego 500 kHz, więc urządzenie przed każdorazowym użyciem należało odpowiednio skalibrować (wyskalować poprzez tzw. działki umowne), aby przykładowo dla najbardziej typowych łączności półdupleksowych uzyskać dokładnie takie same wartości dla odbiornika i nadajnika.

foto: allegrowicz Marcin (EL-SERVIS), Ciechanów  

dokumentacja opublikowana adolfowo (1969)

Se proszę od razu ściągnąć i zachować!

A tutu ówczesne "enerdowskie" klimaty, realizowane na niemal identycznym sprzęciorze (także jednowatowo na telegrafii oraz odpowiednio mniej w trybie fonicznym AM). Zapasowy mirror tutaj.


Zachęcam do obejrzenia!


(Marcin Perliński)


PA do RBM-1