poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Wysiedlenie Niemców z Ziem Odzyskanych — formalno-technicznie tak oto wyglądało

Jakiś czas temu wpadł mi w pazurki skan obwieszczenia/rozkazu wysiedlenia dla ludności niemieckiej Szczawna Zdroju wraz z dzielnicą Piaskowa Góra ("rzut beretem" od Wałbrzycha, gdyby ktoś nie wiedział, przy czym Piaskowa Góra jest już obecnie formalnie jego częścią). Nie „naszło” mnie „kaprycho” tłumaczenia całości, więc ograniczę się jedynie do "najważniejszości":

·    14 lipca 1945 roku (sprawdziłem, że była to sobota)

·    mają być wszyscy docelowo ustawieni/zgromadzeni na szosie między dworcem kolejowym a "wylotem" z miejscowości, a pozostali nieliczni "zostają na chatach"; ci nieliczni to ci, którzy (zazwyczaj wraz z rodzinami) uzyskali decyzję o odstąpieniu od wysiedlenia (tym akurat nie wolno było opuszczać domów między godziną piątą a czternastą)

·    domostwa mają opuścić, drzwi wszystkie bez ryglowania zostawić, a klucze mają być powtykane w zamki od strony zewnętrznej

·    20 kilogramów bagażu na łebka, przy czym nie wolno korzystać z wozów czy zaprzęgów w postaci wołów, koni, krów itd.

·    cały inwentarz żywy i martwy pozostaje w stanie nieuszkodzonym do dyspozycji rządu polskiego

·    czas całej tej akcji to zakres godzinowy między szóstą a dziewiątą rano (z nieprzekraczalnym „zapasem” do godziny dziesiątej)

·    poinformowano ich lakonicznie, że zostaną przesiedleni na tereny na zachód od rzeki Nysa

·    niepodporządkowanie się rozkazowi będzie się wiązało z najostrzejszymi sankcjami karnymi (z użyciem broni włącznie)

·    sabotaż czy plądrowanie/szabrownictwo będzie także wiązało się z użyciem broni

·   określono, że mają się ustawić czwórkami na tej i tej ulicy oraz wyspecyfikowano, że czoło kolumny marszowej ma się znajdować w określonym miejscu, czyli tuż przed miejscowością Adelsbach/Struga (z czego wynika również i sam kierunek marszu)

Tyle od strony zarządzeniowo-urzędowej, bo można sobie jedynie wyobrazić, jakaż to dla tych ludzi była trauma, choć z drugiej strony trzeba przyznać, że „karma wróciła”, gdyż do tej pory to oni wysiedlali, plądrowali, mordowali, prześladowali, więc podejście ówczesnych władz polskich i tak można uznać za jeszcze względnie humanitarne (o ile można sięgać po akurat aż tak nieadekwatny eufemizm).

Byłoby ideałem, gdyby takie akcje przesiedleńcze (a właściwie najzwyklejsze w świecie wypędzenia) już nigdy się nie powtórzyły, bo na pewno jest kłamstwem, że przemocą osiągnie się wszystko, że wojna to najlepsze rozwiązanie, że nieograniczone biurokratyzowanie i formalizowanie każdej dziedziny życia jest rozsądne, bo nie jest, gdyż lepiej, gdyby każdy żył tam, gdzie mu pasuje i tak, jak mu odpowiada, ponieważ nie jest prawdą, że nasza planeta jest przeludniona, że nie ma już miejsca, że zasoby są jakoś przesadnie ograniczone. Większość powierzchni świata o nazwie Terra i tak jest pustkowiem, dzikim zagonem, obszarem wręcz proszącym się o w miarę zrównoważone zagospodarowanie (nie musi być ekstremalnie rabunkowe, ale nie dajmy się też zwariować poprawnością polityczną i patologicznym ideologicznym ekologizmem).

Wstawiam, aby ocalić od zapomnienia.

(Marcin Perliński)

 

 

Przerywacz (migacz, impulsator) na przekaźniku — w sam raz do "pykania" nadajnikiem, radiobojką, lisem itp.



Miałem taką potrzebę, żeby "pykać" swoim  nadajniczkiem QRPP, bo wtedy uzyskuje się najprostszego "lisa", do wykorzystania np. w ramach krótkofalarskich zawodów z radiopelengacji terenowej/sportowej. 

Zrobiłem bardzo zabytkowo, bo elektromechanicznie przy użyciu przekaźnika z cewką 5 V (około 180 omów). Wszystkie części poza płytką uniwersalną i kostkami żyrandolowymi miałem z odzysku, więc koszt to pewnie poniżej 5 złotych. Kondziora 3300 mikrofaradów nie miałem, więc musiałem połączyć sześć elektrolitów 470 mikrofaradów równolegle (do 3300 mikrofaradów trochę jeszcze zabrakło, ale machnąłem ręką, bo działa, czyli przy odpowiednio sprytnym nastawie potencjometru podaje 60 impulsów na minutę). Trwałość przekaźnika przy tak małym obciążeniu styków, jakie u mnie występuje (58 mA), to minimum 10 milionów załączeń, więc jak na moje potrzeby wystarczy, bo to przecież prawie 4 miesiące impulsowania non-stop (24/24 i 7 dni w tygodniu), a i jeszcze jeden niewykorzystany zestaw styków pozostał, więc po "szlagtrafieniu" pierwszego kompletu złocono-palladowych powierzchni przewodzących można się przełączyć na zapasowe i "piłować" przerywacz przez kolejne (minimum) 4 miesiące, czyli do zawodów radiolokacyjnych powinno starczyć nie na jedno, a na dwa życia.





"Odsprzęgi" dałem większe, tzn. 470 nF zamiast "schematowych" 100 nF. Potencjometr też 100 razy za duży (22 kiloomy zamiast 220 omów), ale również "idzie" tym coś ustawić, więc spoko.

Raczej polecam, bo oprócz tego, że naprawdę po mistrzowsku spełnia swoją rolę i jest używalne w bardzo szerokim zakresie napięć, to jeszcze fajnie "pyka" w cichym pokoju —  nawet przyjemnie i kojąco (przynajmniej ja to tak odbieram). 


(Marcin Perliński)

niedziela, 9 kwietnia 2023

Niesamowity dronowy wyścig technologiczny, czyli najnowsza "zabawka" Chińczyków — lata, wskakuje do wody, nurkuje, pływa, wyskakuje i ... znowu lata

Kiedy jakieś 6 lat temu po raz pierwszy zobaczyłem, jak człon nośny "muskowej" rakiety samoczynnie automatycznie ląduje na samodzielnej bezzałogowej autonomicznej platformie pływającej na morzu (noszącej notabene nazwę "Just Read the Instructions") ...,



 ... to normalnie szczena mi opadła z wrażenia. Później oglądałem ceremonię otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Korei Południowej i byłem pod wrażeniem współdziałania rojów dronowych składających się z wielu setek sztuk, więc znowu przeżyłem zadziwienie. A wczoraj natrafiłem na takie coś oto:

 


... i szczena ponownie mi opadła, bo zastanawia mnie, do czego to doprowadzi, gdyż "Skynet" chyba właściwie już przestał być wizją fantastyczno-naukową.

 

(Marcin Perliński)


sobota, 8 kwietnia 2023

Proste BFO (455 kHz) do "bezkontaktowego" odbioru emisji CW/SSB na zwykłym fabrycznym radyjku superheterodynowym z zakresem fal krótkich

Inspiracją był tenże oto "elektorski" schematek z roku 2004 bodajże:



 

przykładowy rezonator piezoceramiczny 455 kHz znanej firmy Murata (istnieją także identyczne rezonatory innych producentów z innymi kolorami obudowy, np. niebieskie, granatowe czy czarne, a w czasach PRL-u nasz "Cerad" miał w ofercie rodzime rezonatory 465 kHz o oznaczeniu RF-02, bo nasza "socjalistyczna" częstotliwość pośrednia wynosiła 465 kHz, podczas gdy "zeszmaceni kapitalistyczni imperialiści" mieli 455 kHz)
układ wyprowadzeń stabilizatora napięcia 78L05

 


 Do tego dołożyłem taki mniej więcej zasilaczyk:


U mnie jest akurat akumulatorek 9V 200 mAh. Aha, na wejściu zasilacza dałem jeszcze diodę 1N4007 w celu zabezpieczenia przed odwrotnym podpięciem biegunów zasilania.

Ponieważ nie chce mi się akurat teraz więcej rozpisywać, to wklejam mój opis "jutubny":

Wyłazi z tego kabelek 20 ... 30 cm, na którym leży se radyjko. Między radyjkiem a BFO nie ma kontaktu elektrycznego/galwanicznego (jest tylko sprzężenie indukcyjne). Jeśli ktoś ma większy odbiornik typu "Jowita" czy coś o większych gabarytach, to musi tego kabelka dać więcej i kilka razy owinąć nim radio. Musi to być odbiornik z pośrednią 455 kHz, czyli jeśli mamy coś zabytkowego np. produkcji PRL, to trzeba wstawić nasz krajowy rezonator piezoceramiczny 465 kHz albo "przeciągnąć" posiadany "imperialistyczny" rezonator 455 kHz o 10 kHz w górę (się dopiernicza trymer lub kondensator strojeniowy do jednego z tych kondziorków 68 pF przy rezonatorze. Układ pobiera zaledwie 2.8 mA

A oto i filmik:


 

Zwracam uwagę na fakt, że stabilizator 78L05 ma układ nóżek U-WY-GND-WE (czyli odwrotnie w porównaniu ze "zwykłym" 7805). 

Jeśli będzie za słabo zdudniało, to można również i wsadzić kabel (zaizolowany) do wnętrza radyjka, a nawet nawinąć nim coś w rodzaju ślimaka/cewki i umieścić w pobliżu układu detektora superheterodynowego. Najbardziej zaawansowani radiolutowacze mogą nawet wpiąć się galwanicznie przed detektorem (przez jakiś kondensator separujący o wartości np. kilkudziesięciu ... kilkuset pikofaradów).

Na powyższym filmiku sztucznie zwiększyłem głośność, bo to odbiornik zasilany z dwóch "paluszków" AA i tor głośnikowy jest lichy, choć do cichego słuchania nocnego akceptowalny (dopiero przez słuchawki jest naprawdę super mocno głośno). Przy próbie zdudniania większego gabarytowo odbiornika (Telefunken Partner 500 z roku 1977) był problem, bo do płytki drukowanej, czyli do "bebechów" radia, jest dobrych kilka centymetrów, więc musiałem owinąć go kilkoma zwojami kabla (2.8 mA z BFO to za słabe pole elektromagnetyczne, aby zdudnić toto zwykłym pojedynczym prostym kabelkiem idącym sobie obok radia). 

Na filmiku jest widoczne radyjko wielozakresowe typu "World Receiver dla ubogich", model TR619 (z późnych lat osiemdziesiątych lub wczesnych dziewięćdziesiątych XX wieku). Radyjko to jest zasilane dwoma "paluszkami" (łącznie 3 V), więc "przebicie się" przez jego własne pole wytwarzane przez generator lokalny (= heterodynę) jest łatwiutkie nawet przy pomocy kabelka, na którym radyjko położono, bo przy tak niskosygnałowej i "słabo dzwoniącej" heterodynie bardzo łatwo "przykryć" wszystko generatorem prostokątnym — nawet takim słabiutkim, bo pobierającym zaledwie 2.8 mA.

Radyjko na filmiku odbiera emisję SSB (LSB) w paśmie 40 metrów (około 7 MHz). Ten głośno słyszalny korespondent to jakiś kolega-krótkofalowiec z Dolnego Śląska (znak SP6...cośtam), nadający chyba niezbyt daleko od Dzierżoniowa, bo słychać go już na antence teleskopowej o długości zaledwie 50 centymetrów.





Uwaga! To działa tylko z klasycznym odbiornikiem superheterodynowym z pośrednią 455 kHz! Nie zadziała z najnowszymi technologiami SDR/DSP itp. Współczesne tanie chińskie radyjka** wielozakresowe nie są już superheterodynami sensu stricto (choć koncepcyjnie i programowo nadal realizują nawet zbliżoną topologię bazową)!!! Ma to być więc niedrogi odbiornik wyprodukowany przed rokiem 2010.

** takie odbiorniki bazują na układzie scalonym (rozmiar SMD) o nazwie KT0936M (B9)

 

 

Osoby zainteresowane zdudnianiem sygnałów w dawnych "socjalistycznych" odbiornikach radiowych z pośrednią 465 kHz klikają tutaj.

 

(Marcin Perliński)

wtorek, 4 kwietnia 2023

Realne zasięgi typowych nadajników radiowych, fala przyziemna/dzienna, bez odbicia jonosferycznego — względnie miarodajny kalkulator-gotowiec od Silicon Labs

Zasięgi nadajników to temat rzeka, niemalże wróżenie z fusów. Ta kłopotliwość poprawnego przewidzenia zasięgu nie wynika z niewiedzy naukowców, ale z nadmiaru parametrów, które na taką predykcję wpływają, ponieważ np. na falach krótkich mamy możliwość odbioru z fali „dziennej” przyziemnej (bezpośredniej) oraz odbitej przestrzennej jonosferycznej (przeważnie „nocnej"). Do tego dochodzą takie „kwiatki” jak częstotliwość nośnej, typ i głębokość modulacji/emisji, szerokość pasma, widzialność horyzontu, moc nadajnika (PEP), faktyczna moc wypromieniowywana izotropowo (EIRP), rozmiary anten, stopień ich dopasowania impedancyjnego, zysk, kierunkowość, szerokopasmowość, wysokość ich zawieszenia, jakość uziemienia/przeciwwagi (o ile występują), straty w obrębie linii transmisyjnej/zasilającej (tłumieniowość "fidera"), straty na złączkach/gniazdach/"beczkach"/zaciskach, konduktywność gruntu, zabudowa terenu, jego pofałdowanie, istnienie tzw. strefy martwej, bliskość masywnych konstrukcji metalowych, rodzaj dachu, wpływ emisji cywilizacyjnych, czyli mówiąc po ludzku po prostu zakłóceń elektromagnetycznych oraz niezmiernie istotna czułość odbiornika, selektywność i niskoszumność po stronie odbiorczej, pora dnia, warunki propagacyjne, a także wpływy pozaplanetarne (aktywność Słońca, nadzwyczajne zjawiska galaktyczne w postaci wybuchów supernowych itd. itp.). Uff, jest więc tego od cholery i jeszcze trochę, więc nie ma się co dziwić, że świat podzielił się na radiokomunikację profesjonalną z mniejszymi, ale pewnymi i niezawodnymi zasięgami „przyziemnymi” (radiofonia UKF, telefonia komórkowa, telewizja naziemna, łączność radiotelefoniczna służb ratunkowych, łączność lotnicza czy morska) oraz radiokomunikację amatorską, posługującą się relatywnie niewielkimi mocami i rozbudowanymi systemami antenowymi, ale (niestety) z możliwościami uzyskania mniej powtarzalnych i stabilnych łączności na odległości setek i (dziesiątek) tysięcy kilometrów — dzięki wykorzystaniu np. odbić od jonosfery.

Wielu producentów popularnego „ludowego” sprzętu radiokomunikacyjnego (np. radiotelefonów CB czy PMR-ek) idealizuje opis swojego sprzętu, bo reklama, jak wiadomo, jest dźwignią handlu, wiec wypisują różne nieżyciowe bajeczki dotyczące zasięgów w otwartym terenie, które choć możliwe do uzyskania, nie mają odzwierciedlenia w ramach „prozy życia codziennego”. Osobiście uważam, że powinni uczciwie podawać zasięgi teoretyczne oraz realistyczne, tzn. wyspecyfikowane dla najtrudniejszych możliwych warunków miejskich, leśnych czy wysokogórskich oraz z adnotacją „worst case situation”.

Kilka dni temu natrafiłem na ogólnodostępny arkusz Excela opracowany przez firmę „Silicon Labs” (zapasowy mirror), który przy odpowiednim podaniu najbardziej pesymistycznych zmiennych może odzwierciedlać realne zasięgi radiowe, co potwierdziłem doświadczalnie "bawiąc się" mocami QRPP w krótkofalarskim paśmie 40 metrów (testy telegraficzne na fali przyziemnej, przy czym należy zawsze pamiętać, że telegrafia to bardzo wydajna i „niezmiernie daleko niosąca” emisja radiowa).      

 

potwierdzona eksperymentalnie symulacja "worst case", gdyż dopiero po lepszym  dopasowaniu anteny moc wzrosła z 30 mW do ponad 250 mW, a wyliczone zasięgi "dzienne" zwiększyły się wielokrotnie — oczywiście z lepszym/czulszym odbiornikiem oraz z konkretną anteną drutową po stronie odbiorczej (zamiast pierwotnej teleskopowej 50 cm); antena nadawcza zewnętrzna w obu przypadkach (niedopasowana 30 mW oraz dopasowana 250 mW) była  pełnowymiarowa (np. dipol półfalowy czy LW); założenia bazują na emisji CW, a odbiornik broadcastingowy w obu przypadkach był zdudniany drugim radyjkiem lub specjalnie dobudowanym BFO

Dodaję jeszcze zestawienie dotyczące przeliczania mocy dBm na mW oraz dBW na dBm czy waty:

 



 

 

Mam nadzieję, że się przynajmniej niektórym radiomaniakom cokolwiek w mózgownicach przejaśni, a jeśli się tak nie stanie, to przynajmniej sam się poraduję, gdyż osobiście ten kalkulatorek sakrucko mi dopomógł.


(Marcin Perliński)


jeszcze prościej

 

sobota, 1 kwietnia 2023

Krótkofalarstwo w pigułce (3), czyli wchodzimy na pasma — kwarcowany nadajnik QRPP CW/AM, 7 MHz, 30 do 600 mW (PEP)




Uwaga!!! Korzystanie z takiego nadajnika wymaga licencji krótkofalarskiej, zwanej fachowo pozwoleniem radiowym. Należy zdać egzamin państwowy przy Urzędzie Komunikacji Elektronicznej, uzyskać świadectwo radiooperatora oraz wystąpić z podaniem o pozwolenie radiowe. "Licencja" kosztuje 82 złote i jest ważna 10 lat. Po tym czasie należy wystąpić o kolejne pozwolenie radiowe. Egzamin składa się tylko raz w życiu i nie jest on trudny (pytania są znane, telegrafia nie jest już wymagana). Krótkofalowcy w Polsce mogą nadawać z mocą do 500 wat, a po uzyskaniu dodatkowego pozwolenia nawet do 1.5 kilowata. Trwale (= permanentnie, czyli powyżej 90 dni) umocowane/zawieszone anteny nadawcze do urządzeń QRP nie są objęte "eurokołchoźnym" obowiązkiem zgłaszania w lokalnym "referacie środowiskowym".

Zasięgi podano na schemacie tylko orientacyjne (względnie pewne, emisje dzienne, fala przyziemna, ewentualnie NVIS) i zależą od mnóstwa czynników, jednak nawet w najgorszym możliwym i niekorzystnym/katastroficznym wypadku nie powinno być mniej niż kilkaset metrów, a w optymalnych (i nieczęsto występujących) warunkach propagacyjnych to i na drugi koniec Polski można "dolecieć" (oczywiście "na telegrafii"). Układ dopasowujący antenę (nawiązujący pośrednio także do koncepcji rozwiniętej w okresie międzywojennym przez austriackiego "radiomaniaka" Josefa Fuchsa) jest obowiązkowy, ponieważ nadajnik emituje dość znaczny poziom niepożądanych harmonicznych (np. na częstotliwościach 14 oraz 28 MHz). Przy prawidłowym nastawie uzyskamy więc zarówno dopasowanie impedancyjne do anteny, jak i (do pewnego stopnia) tłumienie harmonicznych (być może trzeba będzie sięgnąć po ustawienia kompromisowe, bo lepiej ująć te kilkanaście miliwatów i uzyskać dobre tłumienie harmonicznych niż "dmuchać" większą mocą i "bruździć" kolegom-krótkofalowcom na pasmach wyższych częstotliwościowo). Układ dopasowujący antenę spełnia dwie funkcje, gdyż jest zarówno "matcherem", jak i podstawowym oraz skromnym filtrem LPF (wszystko zależy od nastawu "kondziora" strojeniowego).

Indukcyjności można wykonać na wiele innych sposobów, na różnych rdzeniach, a nawet bez nich i w oparciu o różne ilości zwojów, średnice, długości nawinięcia (ważne jedynie, aby "wstrzelić się", choćby w przybliżeniu, w podane wartości w mikrohenrach oraz żeby układ dopasowujący nie miał żenująco niskiej dobroci). Generalnie grubszy drut to lepsza dobroć, czyli korzystniej. Pręcik ferrytowy może przewodzić prąd elektryczny, czyli powodować zwarcie, więc sięgamy po drut nawojowy w emalii (DNE) lub pręciczka traktujemy choćby taśmą izolacyjną. Nadajnik może się wzbudzać (pisk/popierdywanie w odbiorniku). Należy tak przesuwać pręcikiem, aby wzbudzenie nie występowało. 

Ten układ ma lepsze parametry w trybie telegraficznym (CW). Modulacja AM w paśmie 40-metrowym jest dopuszczalna na określonych warunkach. Częstotliwość nośną można w niewielkim zakresie zmieniać poprzez np. równoległą/szeregową pojemność lub szeregową indukcyjność dopierdykniętą do kwarcu (do plus/minus 1...2 kHz raczej nie powinno być większych problemów ze stabilnością). Istnieje możliwość dodania modulatora transformatorowego lub tranzystorowego (wraz np. z mikrofonem elektretowym), ale skomplikuje to układ nadajnika i nie będzie onże aż tak genialnie i rewelacyjnie prosty.

W nadajniku modelowym użyłem tranzystora z ogromnym zapasem możliwości —  to na wypadek, gdyby antena "się odpięła" lub wystąpiło w niej zwarcie. Przy napięciu 12 V i w oparciu o tranzystor BDAP54 radiator jest zbędny (w przypadku wystąpienia zwarcia anteny do masy lub pracy nadajnika bez podłączonej anteny metalowa obudowa tranzystora może być prawie gorąca, ale raczej nie parzy). Przy napięciach podniesionych do ponad 20 woltów radiator (nawet z BDAP54) będzie konieczny. Proszę nie przekraczać napięcia 28 woltów. Wyższe napięcie to oczywiście wyższa moc (dla 19 V "telegraficznie" nawet do pół wata i jeszcze kapkę powyżej, a dla napięć jeszcze wyższych to i ewentualnie ponad wata idzie z tego "wydusić"), ale i poziom harmonicznych będzie większy, a także pojawiają się kłopotliwe "do ogarnięcia" samowzbudzenia nadajnika.

Przy zasilaniu 12 V i jako takim rozsądnym dopasowaniu w miarę przyzwoitej kompromisowej anteny strychowej — u mnie akurat dipol skrócony na pasmo 80 metrów (mirror), ukształtowany mniej więcej jako odwrócone "V"; jedno ramię do wyjścia RF, drugie do masy, impedancja najprawdopodobniej w okolicach 50 omów  — nadajnik w trybie telegraficznym powinien pobierać przynajmniej 40 mA, co przekłada się na 250 mW mocy na zaciskach wyjściowych (ale przed obwodem dopasowującym*), czyli sprawność nadajnika wynosi około 50%. Ponieważ energia RF nie "cofa się" do nadajnika, to i masywny całometalowy oryginalny PRL-owski tranzystor BDAP54 (produkcji CEMI) jest całkowicie zimny, wzgl. minimalnie letni przy długotrwałej emisji ciągłej (dotyczy to napięcia zasilania 12 V). Podwajaczowa sonda wielkiej częstotliwości na zaciskach wyjściowych przed układem dopasowującym) pokazuje nieco powyżej 10 V peak-peak (oczywiście odczytane ze stosownego nomogramu, gdyż podłączony do sondy multimetr wyświetlił ponad 28 V DC).

* igła sondy wielkiej częstotliwości podłączona do lewej (na schemacie) strony układu dopasowującego (jeszcze przed nim), a kabel masowy tejże sondy podłączony do prawej strony sekcji dopasowującej (prawej na schemacie); zakończenie koncentryka strychowej skróconej (otwartej) anteny dipolowej podłączone na zasadzie takiej oto ---> oplot koncentryka bezpośrednio do masy nadajnika (kabel ten "idzie" poza układem dopasowującym), a gorąca żyła koncentryka anteny podłączona do prawej (na schemacie) strony układu dopasowującego (który jest notabene również statorem kondensatora strojeniowego, czyli jego masą/obudową zewnętrzną oraz masą sondy wielkiej częstotliwości); stroimy na maksymalny sygnał (zarówno poprzez przesuwanie pręcika ferrytowego, jak i pokręcanie kondensatorem strojeniowym); warto przy okazji kontrolować prąd pobierany przez nadajnik (amperomierz prądu stałego na kablu plusowym zasilającym nadajnik, oczywiście pomiar szeregowy, bo "amperomierz włączamy jak wodomierz") ---> jeśli przy napięciu zasilania 12 V jest pobór rzędu przynajmniej 40 mA i słyszymy czysty (nie wzbudzony) sygnał nośnej w dowolnym znajdującym się w pobliżu odbiorniku radiowym z zakresem fal krótkich (nastrojonym oczywiście na częstotliwość naszego nadajnika/kwarcu), to wszystko jest w porządku i możemy uznać, że nasza "radiopierdziawka" nadaje i jest wstępnie zestrojona, czyli gotowa do użycia (telegraficznego); wszystkie pomiary i strojenia mają być wykonane przy wciśniętym kluczu telegraficznym (emiter tranzystora bezpośrednio podpięty do masy); w czasie użytkowania nadajnika będziemy mogli jeszcze "dopieszczać" dostrojenie anteny, aby węzły prądowy i napięciowy znalazły się dokładnie na początku fiderda (= koncentryka), co możemy uzyskać przez pokręcanie gałką kondensatora strojeniowego

 

Na powyższym zdjątku modelowy układ prototypowy (tu akurat jeszcze bez sekcji dopasowania antenowego, czyli bez "matchera"). Cewka w obwodzie kolektora ma nieco inną konstrukcję niż podano to na schemacie ideowym. Mamy tutu pięć zwojów "gołym" drutem Ø 1.2 mm na średnicy wewnętrznej 4.8 mm oraz z długością nawinięcia 7.5 mm. Brakujący milimetr został skompensowany taśmą izolacyjną (która jest tutu bezwzględnie konieczna, ponieważ musi być dodatkowa osłona dielektryczna pręcika ferrytowego z uwagi na fakt, że nielakierowany drut miedziany nie ma emalii, więc bez zaizolowania rdzenia mielibyśmy zwarcie, czyli cewka nie spełniałaby swojej roli). Pręciki takiego typu pochodzą ze starych telewizyjnych PRL-owskich dławików wielkiej częstotliwości (ale naprawdę bardzo podobne, ze współczynnikiem przenikalności magnetycznej µ dochodzącym do 12 ... 13, możemy również spokojnie "wydłubać" z okolic magnetronu dowolnej "złomowej" kuchenki mikrofalowej). Uwaga!!! Metalową puszkę magnetronu rozbieramy w rękawicach, żeby się nie pokaleczyć!!! Piszę o tym w oparciu o własne nieprzyjemne doświadczenia.

Układ ten ma tę zaletę, że emisje foniczne (AM) można odbierać na zwykłym radioodbiorniku z zakresem fal krótkich, a przy odpowiednim ruszeniu mózgiem będzie możliwa także recepcja telegraficzna (CW).

układ dopasowania impedancyjnego wraz z sondą wielkiej częstotliwości i multimetrem, pomiar przy napięciu zasilania 12 V (28 V DC na multimetrze z podpiętą sondą wielkiej częstotliwości, mierzone przed układem dopasowującym, co odpowiada 10 V peak-peak); na zdjęciu widoczny jest proszkowy rdzeń pierścieniowy (= toroidalny) T37-2, na którym nawinąłem 56 zwojów drutem DNE coś około 0.25 mm (po prostu taki rdzeń się mi akurat wyjął z szuflady i musiałem nawinąć trochę więcej zwojów w stosunku do tego, co jest napisane na schemacie, bo T37-2 ma liczbę AL na poziomie 4, a wzmiankowany na schemacie T50-2 charakteryzuje się współczynnikiem AL na poziomie 4.9); po zwiększeniu wartości napięcia zasilającego do 19 V odczyt na wyświetlaczu multimetru wzrósł do 45 V DC, co przekłada się na jakieś 14 V peak-peak, czyli dla anteny 50-omowej będziemy mieli przynajmniej około pół wata mocy wyjściowej (500...600 mW PEP), a łączny pobór prądu "wypijany" przez nadajnik wzrasta do niecałych 60 mA (1.2 wata mocy input)

Jakość audio w oparciu o "brutalną" oporową metodę modulowania w emiterze oraz na bazie mikrofonu węglowego nie jest oczywiście powalająca, ale lepsze to niż nic. Osoby, które nie posiadają mikrofonu węglowego, mogą wykonać nadajnik bez toru fonicznego (= po prostu nie montujemy "węglowca") i korzystać jedynie z klucza telegraficznego. Zaleca się oczywiście instalację przycisku PTT (włączającego mikrofon/nośną), bo na schemacie nie został uwzględniony. Zamiast tranzystora o polaryzacji NPN można zainstalować także tranzystor PNP (np. BDAP55, BC313, BD136, BD140 itp.), ale trzeba będzie odwrotnie "podpiąć" bieguny zasilania. Kondensator 470 pF między kolektorem a układem dopasowania anteny można również w razie potrzeby zmienić na większy (1 nF lub lepiej, nawet do 10 nF). Osoby lubiące eksperymenty zawsze mogą spróbować dołożyć kondensator 220 pF między lewym (na schemacie) wyprowadzeniem kondensatora 470 pF (tego separującago między kolektorem a układem dopasowania anteny) oraz masą. Cały układ nadajnika powinien być umieszczony w jakiejś ekranowanej obudowie, np. w metalowej puszce, którą połączymy z masą nadajnika.


Uwagi dotyczące pracy fonicznej (modulacja AM):

Zastosowałem telefoniczny mikrofon węglowy CB-68 (PRL, Tonsil). Jakość dźwięku bardzo kiepska i należy uważać, aby nie mówić zbyt głośno. Pomaga umieszczenie mikrofonu w dużej blaszanej puszce po masie makowej. Przy zasilaniu 12 V moc nadawania dla emisji audio jest symboliczna (około 30 mW), więc podniosłem napięcie do 19 V i moc nadajnika wzrosła do około 150 mW. Potwierdziłem eksperymentalnie, że można jeszcze podnieść napięcie do nawet 28 V, aby uzyskać moc "foniczną" porównywalną z emisją telegraficzną (przynajmniej 250 mW). Praca emisją AM wymaga innego ustawienia pozycji pręcika ferrytowego (inny punkt nastrojenia niż dla telegrafii), jednakże jak najbardziej da się znaleźć pośrednie ustawienie pręcika, co również "przerobiłem organoleptycznie". Emisja AM wymaga, aby nadajnik był znakomicie ekranowany (łącznie z kablami mikrofonowymi, przyłączem klucza telegraficznego i zasilania). Zasilanie musi być bezwzględnie niskobrumowe (zalecane chemiczne źródło prądu w postaci akumulatora). Mimo dość miernej jakości audio układ sprawia wiele frajdy i radości. Jak na aż tak wielką prostotę konstrukcji uważam go za rewelację techniczną o bardzo "zabytkowych" korzeniach.  

Skrót QRP oznacza moce nie większe niż 5 wat (wzgl. 10 wat dla emisji SSB czy AM), a QRPP to wszystko poniżej jednego wata (PEP). A jeszcze słabsze nadajniczki, tzn. o mocy PEP mniejszej od 100 mW, określa się mianem QRPpp.

Jednym z najbardziej spektakularnych pierwszych polskich sukcesów w pracy mocami QRP było osiągnięcie kolegi Leszka Sicińskiego (TPFO), który w roku 1928 przy użyciu mocy zaledwie 0.4 W input (około 200 mW PEP) nawiązał łączność telegraficzną na odległość 4500 km (ze stacją w Tomsku). Działo się to we Lwowie, a na dodatek przy użyciu ... anteny pokojowej. Kolega Leszek został niebawem znanym inżynierem-radiotechnikiem, działał w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, a po zakończeniu wojny aż do przejścia na emeryturę w roku 1970 pracował w British Telecommunication of Research. Był bratem profesora Zbigniewa Sicińskiego, również bardzo znanego naukowca-radiotechnika.

O mikrofonach węglowych oraz inspiracji, która skłoniła mnie do zbudowania niniejszego nadajniczka, można se doczytać w tymże blogowpisku.

Jeśli Ci się spodoba i zapragniesz "dmuchać" pięcioma watami, to zrób se sam takie ło coś oto.

Życzę udanych eksperymentów oraz dalekich łączności!


(Marcin Perliński)

 

uzupełniątko (12-04-2023) ---> tak to słychać w rekordowej odległości 130 km od nadajnika

uzupełniątko (13-04-2023) ---> tak to słychać w rekordowej odległości 413 km od nadajnika


uzupełniątko (17-04-2023) ---> a tak oto odebrano sygnał w Gliwicach, 150 kilometrów w linii prostej od Dzierżoniowa, moc 1 wat PEP (Uz = 24 VDC, 20 V peak-peak "w antenie"), chwilowo akurat wyraźny sygnał, godzina 13:00, słoneczna pogoda; jest to dla mojej lokalizacji oraz anteny dość nędzny kierunek ze słabym duktem MUF, a może i odbiornik w niezbyt "cichym" miejscu, ale się chociaż raz udało "dolecieć":




uzupełniątko (21-04-2023) ---> odebrano sygnał w austriackim Grazu, 400 kilometrów w linii prostej od Dzierżoniowa, moc 1 wat PEP (Uz = 24 VDC, 20 V peak-peak "w antenie"), ledwo dekodowalny sygnał, godzina 20:15


uzupełniątko (22-04-2023) ---> odebrano sygnał w miasteczku Heide w Szlezwiku-Holsztynie w Niemczech, na południe od Flensburga, nie tak znowu daleko od granicy z Danią, 640 kilometrów w linii prostej od Dzierżoniowa, moc 1 wat PEP (Uz = 24 VDC, 20 V peak-peak "w antenie"), ledwo dekodowalny sygnał, godzina 21:45

uzupełniątko (25-04-2023) ---> odebrano sygnał w miasteczku Vejby w Danii, na terenach o bardzo dobrej konduktywności gruntu, obszar Zelandii, niezbyt daleko od granicy morskiej ze Szwecją, 665 kilometrów w linii prostej od Dzierżoniowa, dość czytelny i użyteczny sygnał, godzina 21:00, moc 1 wat


uzupełniątko (25-04-2023) ---> odebrano sygnał w Pulham Market, w Wielkiej Brytanii, 1000 kilometrów w linii prostej od Dzierżoniowa

uzupełniątko (5-05-2023) ---> odebrano sygnał w miejscowości Siekierki Wielkie (między Swarzędzem a Kostrzynem, czyli na wschód od Poznania), 187 kilometrów w linii prostej od Dzierżoniowa; nie jest to lokalizacja zgodna z główną osią wiązki mojej anteny, więc i sygnał dekoduje się na granicy możliwości moich półwiekowych uszu, moc 1 wat PEP, godzina 19:05, piękna słoneczna pogoda; jak na nadajnik zaprojektowany do odległości rzędu maksymalnie 25 kilometrów należy uznać to za znakomity wynik



 
uzupełniątko (7-05-2023) ---> odebrano sygnał w miejscowości Dorohoi w Rumunii, 770 kilometrów w linii prostej, moc 1 wat PEP, godzina 5 rano, a połączenie przez terminator, czyli w Dzierżoniowie jeszcze noc, a w Dorohoi już dzień (i jest to bardzo wymowna praktyczna realizacja tego zjawiska propagacyjnego), sygnał słabiutki, gdyż nie jest to główny kierunek mojej anteny strychowej



Kiedy Księżyca przybywa, a kiedy ubywa, czyli subiektywnie pozytywne "cienienie" oraz relatywnie negatywne "dorodnienie"


Księżyc (pisany wielką literą) to jedyny naturalny i pod każdym względem wyjątkowy satelita Ziemi (także pisanej dużymi literami). Nawet w układach eksoplanetarnych (pozaukładowych) ciężko znaleźć podobnego satelitę  —  tak nieproporcjonalnie ogromnego w stosunku do planety, którą obiega. Zjawiskiem tym fascynował się Isaac Asimov, zwany w kręgach anglosaskich "księciem pisarzy science-fiction", choć uważam, że naszemu Stanisławowi Lemowi to by mógł co najwyżej pozamiatać na podwórku przed domem.

Księżyc ma niewiarygodnie znaczący wpływ na Ziemię, bo "steruje" przypływami i odpływami, reguluje jej ruch obrotowy i precesyjny, wpływa na wzrost roślin, a przede wszystkim na zdrowie, samopoczucie i aktywność psychofizyczną zwierząt i człowieka sapiącego podwójnie (Homo sapiens sapiens).

Kiedy kształt Księżyca ma formę litery "D" (lub do niej bądź do pełni dąży), czyli kiedy dorodnieje, czyli jest "do d*py", bo go przybywa, to lepiej nie przeprowadzać zabiegów chirurgicznych, nie rwać zębów, nie wycinać brodawek, znamion oraz nie rozpoczynać radykalniejszych terapii dermatologicznych w postaci przypiekania, przypalania, lapisowania, laserowania i podobnych czynności, ponieważ gojenie się ran czy zębodołów będzie radykalnie dłuższe, bardziej skomplikowane, związane z ewentualnymi powikłaniami, zakażeniami.

Kiedy Księżyca ubywa, czyli kiedy ma kształt litery "C" (C jak "cacy"), czyli kiedy cienieje, chudnie, cherlawieje i dąży do nowiu, to czujemy się spokojniej, rany goją się szybciej, statystyczna ilość zawałów czy wylewów, ataków padaczkowych, psychoz, stanów lękowych i innych negatywności (w tym czynów przestępczych) zauważalnie się obniża, choć pewna część osób "naznaczonych" dwubiegunowością może mieć tzw. "doła".

Bardzo ciekawym zjawiskiem jest również wpływ Księżyca na nasze włosy, ponieważ możemy planować wizyty u fryzjera i osiągać pożądane skutki (szybszy wzrost połączony z regeneracją lub spokojniejszy rozwój tkanki keratynowej dla osób, które nie chcą za szybko "zamienić się w kloszarda czy wilkołaka", co przekłada się również na wymierne oszczędności finansowe, gdyż np. strzyżenie męskie to w Polsce obecnie wydatek zbliżający się do pułapu 50 złotych).

Powyższe obserwacje to nie żadne tam "czary mary", tylko potwierdzone badaniami naukowymi obserwacje, więc warto zawsze brać pod uwagę to, co aktualnie jest lub będzie widoczne (lub niewidoczne) na niebie.

I warto pamiętać, że to, co dla większości ludzi destabilizujące (kształt litery "D"), dla roślin może być błogosławieństwem, bo w silniejszym polu grawitacyjnym Księżyca silniej kiełkują, bardziej wzrastają i nabierają masy. Nie wszystko "złe" jest więc aż takie negatywne.

Fazy Księżyca można przewidywać z odpowiednim wyprzedzeniem i zasadniczo wystarczy do tego najzwyklejszy papierowy kalendarz (większość z nich powinna mieć takie dane predykcyjne), ale i wszechobecne urządzenia elektroniczne przeznaczone do "konsumpcji treści" także mogą być nieocenioną pomocą. Na lapku czy blaszaku korzystam z programu Osmo (windziany lub pingwiniany — moja ulubiona dystrybucja, czyli Puppy Linux, ma już przykładowo terminarz/kalendarz Osmo "wbudowany fabrycznie"). Użytkownicy Windowsa także mogą sięgnąć po Osmo (instaluje się "jako administrator"), do pobrania tutu

 

wybierając odpowiedni dzień zauważymy,
jaka jest faza Księżyca, więc wystarczy obserwować kształt
jasnego pola ikonki (kształt litery "D" lub "C",
na "skrinszotku" mamy akurat "D")

 

A smartfoniarze mają niemalże nieograniczony wybór narzędzi przedstawiających aktualną fazę Księżyca, więc wystarczy "pokopać" w odpowiednim "sklepie" z aplikacjami, by wybrać sobie coś odpowiedniego. Osobiście korzystam z czegoś o nazwie Phases of the Moon, co wygląda następująco:



Wiele stacji pogodowych czy zegarów także potrafi wyświetlać fazy lunarne, więc proponuję dokładniej przyjrzeć się temu, co mamy "na chacie".


(Marcin Perliński)