O tym małym wdzięcznym programiku można sobie poczytać np. na angielskiej lub niemieckiejWikipedii.
Po raz pierwszy program zadebiutował w Windowsie 1.0 (z bardzo ładnym zresztą kolorowym interfejsem, z którego w późniejszych wersjach zrezygnowano). Było toto na przykład składnikiem systemu operacyjnego Windows 3.11, ale Kartotekę dołączano między innymi także do płyt instalacyjnych Windowsa 98 SE oraz Windowsa ME (w tym pierwszym przypadku z bardzo kłopotliwym "ręcznym" wydobyciem pliku cardfile.exe z archiwów CAB poprzez wbudowane w "dziewięćdziesiątkę ósemkę" narzędzie pomocnicze sfc.exe, wywoływane z menu "Uruchom" poprzez ręczne wklepanie frazy sfc.exe oraz potwierdzenie "enterem").
Nie brakuje także licznych miejsc w sieci, skąd można Kartotekę pobrać, aby wrócić do wspomnień i być może nawet z niej nadal korzystać. Współcześni programiści zadbali również o możliwość wygodnego importu starych baz danych w formacie CRD, a nawet stworzyli działające konsolowo narzędzia/skrypty do "zasysania" naszych dawnych kartotek oraz kolejne forki/przeglądarki działające nawet na najnowszych 64-bitowych systemach operacyjnych (przed próbą importu proszę jednakże bezwzględnie wykonywać kopie zapasowe, aby nie stracić naszych dawnych oryginalnych danych).
Kartoteka ma ograniczone możliwości magazynowania rekordów: maksymalnie do 1260 kart, do 39 znaków w każdym indeksie (= górny pasek identyfikacyjny każdej z kart) oraz do 40 znaków w każdej z dostępnych 11 linii tworzących tzw. body karty, co przekłada się na 440 znaków w body każdej karty. Maksymalny rozmiar pliku CRD nie może przekroczyć 64 kB, co oznacza, że Kartoteka nadaje się idealnie do tworzenia baz teleadresowych o pojemności setek kart, wzgl. innych podobnych i niezbyt obszernych zastosowań (baza uczniów, ocen, katalog kolekcjonera, spis książek, płyt itd. itp.). Program wyposażono w możliwość osadzania grafik oraz funkcję wybierania numeru telefonu, o ile komputer był wyposażony w modem i mieliśmy na łbie headset, wobec czego znalazł niegdyś nawet zastosowanie w licznych call centrach, głównie w USA).
Kartotekę można uruchamiać na systemach Windows w wersjach 3.11, 95, 98, XP oraz Vista. Czy uda się to odpalić na nowszych typu Windows 7, 8, 10 czy 11, to nie wiem, bo nie mam jak sprawdzić, gdyż od roku 2006 na moich komputerach nie stosuję systemów Microsoftu, jednakże przypuszczam, że mogą być z tym problemy (zwłaszcza w wydaniach 64-bitowych). Osobiście kartotekę uruchamiam w (spolszczonym) Puppy Linuksie Precise 5.6.1 poprzez Wine 1.4, przy czym sugeruję, aby programik odpalać raczej z poziomu menadżera Winefile (w konsoli wpisujemy słowo winefile):
Obsługa programu jest dość intuicyjna i powinna objaśnić się sama po krótkim "pobawieniu się", np. w oparciu o stworzony przeze mnie do celów demonstracyjnych przykładowy plik WOJEW.CRD, dołączony do dostępnej poniżej paczuszki ZIP:
Powyższe archiwum zawiera przykładową kartotekę, przykładowy wydruk bazy danych w postaci pliku PDF (poprawiłem trochę marginesy poprzez opcje układu strony dostępne z poziomu menu Plik programu Kartoteka) oraz oczywiście pliki wykonywalne w wersji polskiej, angielskiej i niemieckiej.
Tego oto czegoś na pamięć uczyła się jeszcze w liceum moja Mama, Elżbieta Perlińska (wtedy jeszcze jako Elżbieta Nicoś), a było to w okolicach połowy lat sześćdziesiątych XX wieku (w II LO w Dzierżoniowie u prof. Marii Hołowińskiej).
Зимний вечер
автор: Александр Сергеевич Пушкин (1799—1837)
Буря мглою небо кроет, Вихри снежные крутя; То, как зверь, она завоет, То заплачет, как дитя, То по кровле обветшалой Вдруг соломой зашумит, То, как путник запоздалый, К нам в окошко застучит.
Наша ветхая лачужка И печальна и темна. Что же ты, моя старушка, Приумолкла у окна? Или бури завываньем Ты, мой друг, утомлена, Или дремлешь под жужжаньем Своего веретена?
Выпьем, добрая подружка Бедной юности моей, Выпьем с горя; где же кружка? Сердцу будет веселей. Спой мне песню, как синица Тихо за морем жила; Спой мне песню, как девица За водой поутру шла.
Буря мглою небо кроет, Вихри снежные крутя; То, как зверь, она завоет, То заплачет, как дитя. Выпьем, добрая подружка Бедной юности моей, Выпьем с горя; где же кружка? Сердцу будет веселей.
Organizował
toto uniwer w Gdańsku (studenci ostatniego roku ekonomiki produkcji;
towarzyszył im dziennikarz, który to dokładnie, wręcz "aż do bólu",
opisał – nawet się trochę dziwię, że im to cenzura tak lekko
przepuściła).
Wakacje 1978 lub 1979 (to by trzeba dokładnie
ustalić, bo z tekstu akurat jednoznacznie nie wynika). Normalny świat,
normalne auto i normalni ludzie. Pojazd użyczony przez fabrykę:
nowiutki, seryjny, pachnący i niemodyfikowany pod kątem ekspedycji
(producent dorzucił jedynie całe mnóstwo części zamiennych – z zapasową
skrzynią biegów włącznie, jednak te dodatki na szczęście okazały się
właściwie niepotrzebne). Nyska bardzo dała radę. Dotarli do
najgorętszego punktu Sahary. I wrócili do Polski. Bez klimy. Szacun.
Mamy w domu taką bardzo pilną potrzebę dodania zabezpieczeń w okolicach gazówki w kuchni, a moduł „andrutinowy” zawierający na maleńkiej płyteczce czujnik katalityczny MQ-4 z potencjometrem i komparatorem na LM393 i tak dostałem w prezencie od znajomka, więc se własny alarmik zrobiłem.
Taka płyteczka „doandrutinowa” normalnie w handlu kosztuje od 10 do 15 złotych (czyli 2 do 3 razy taniej od samego czujnika MQ-4, jeśli by go ktoś chciał zakupić odrębnie i samodzielnie dodać komparator scalony czy jakiś klasyczny przerzutnik Schmitta). Czujnik ma wbudowaną grzałkę 33-omową / 750 mW (przy 5V będzie to „żarło” sto kilkadziesiąt miliamperów). Zasilacz prosty liniowy na 7812 i 7805 dorobiłem. Karmienie z gotowego fabrycznego impulsowego „wtyczkowca” od „Creative” (15.3 V / 1.6A). Odwracanie stanów logicznych na potrzeby alarmowania zrobiłem na dwóch bramkach NAND (dokładnie na 74HCT00). Spięcie "zusammen do kupy" obu wejść bramki NAND przekształca ją w bramkę NOT, czyli w inwerter. Układ sterowania/przełączania na miniaturowym bezgłośnym hermetycznym kontaktronie z cewką „pięciusetkilkunastoomową” o apetycie na poziomie 8 ... 9 mA, który wylutowałem ze starego (rok 1998) modemu na szynę ISA (podobne współczesne modele kontaktronów na tym całym naszym „Allegrze” kosztują w granicach 4 ... 5 złotych za sztukę). Syrena na buzzerku 3-24V z tonem ciągłym (buzzer oczywiście z wbudowanym fabrycznie generatorem), tranzystorze BC238 z przełącznika dmuchawy od „Poloneza” i dawnej klasycznej jednobarwnej wolno migającej diodzie LED przy nieco zwiększonym (do 14 woltów) zasilaniu jest w stanie produkować sygnał dwutonowy/modulowany o intensywności wprost nieznośnej dla uszu (= można sobie nawet chwilowo/trwale porazić słuch). Gdyby syrena nie chciała ładnie modulować dwutonowo, to na minusie zasilania (między płytką ze stabilizatorami a płytką z czujnikiem właściwym) będzie trzeba założyć jakiś dławik o indukcyjności przynajmniej 10 mikrohenrów. W moim przypadku było to konieczne (na pierścieniowym rdzeniu ferrytowym o liczbie AL = 1500 nawinąłem trzy zwoje, ale oczywiście nieco większa liczba zwojów byłaby jeszcze lepsza). Jeśli nie masz dławika o wystarczającej odporności "amperażowej", to taki słabszy "watowo" dławik możesz również zamontować na linii 12V (także między płytką ze stabilizatorami a płytką z czujnikiem właściwym).
Czujnik wymaga wstępnego wygrzania przez czas nie krótszy niż 48 godzin, choć w „internetach” powiadają, że podobno już nawet kilkanaście minut wystarczy. Należy go również chronić przed nadmiernymi pozaznamionowymi i zbyt długotrwałymi stężeniami gazów palnych i innych działających agresywnie substancji chemicznych typu silikon czy chlorowodór. Trwałość gwarantowana przez producenta to przynajmniej 10 lat. Sensorek niniejszy powinien reagować na stężenie metanu/gazu ziemnego o wartości 300 ppm w ciągu maksymalnie około minuty. Potencjometrem ustalamy próg zadziałania dla linii DO (= Digital Output). Należy to zrobić z wyczuciem, aby czujnik nie reagował nadmiernie na silnie skoncentrowaną parę wodną w powietrzu, z którą w kuchni czy łazience przecież bardzo łatwo się zetknąć (lepiej więc obniżyć próg zadziałania/czułość i nie mieć fałszywych alarmów z powodu np. wygotowującego się przez naszą gapowatość czajnika).
Korzystałem głównie z zasobów szufladowych i wylutów czy elektrośmieci, więc koszt całego projektu w moim przypadku nie przekroczył 10 złotych (w sklepie stacjonarnym dokupiłem jedynie dwie płytki uniwersalne i migającą diodę LED). Podobna gotowa fabryczna kupna „czujka” zasilana wprost z sieci oraz w obudowie do zamontowania naściennego to koszt przynajmniej około 50 złotych (cena razem z przesyłką), jednak nie byłoby radochy z samodzielnego konstruowania, eksperymentowania, obudowywania oraz samoedukowania się.
Zasilacz wtyczkowy i stabilizatory zamierzam wpierdzielić do wnętrza okapu kuchennego „Ciarko” (i z niego pozyskać energię), a czujka właściwa znajdzie się na ścianie obok. Mam już także przygotowaną przelotową/śródkablową oprawkę na bezpiecznik topikowy 200 ... 300 mA.
UWAGA!!! UKŁAD NIECERTYFIKOWANY I CAŁKOWICIE HOBBYSTYCZNY!!! NIE POWINIEN BYĆ WYKORZYSTYWANY DO ZASTOSOWAŃ PROFESJONALNYCH I NEWRALGICZNYCH!!! ZASILACZ WTYCZKOWY HERMETYCZNY Z ZABEZPIECZENIAMI BEZWZGLĘDNIE KONIECZNY!!! DODANIE BEZPIECZNIKA ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE!!! WSZYSTKO ROBISZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!!! POKAŻ TOTO ELEKTRYKOWI Z UPRAWNIENIAMI!!!
Kilka zdjątek:
Powyższe pięć zdjątek jako zapasowy mirror (w paczuszce *.rar)
A na koniec MATERIAŁ BEZWZGLĘDNIE OBOWIĄZKOWY, czyli podobny projekt z dokładnie podanymi miejscami montażu dla różnych gazów wybuchowych, wyspecyfikowaniem szybkości powstawania stężeń itd. itp. : https://disk.yandex.com/i/hj8kyJrat47U_Q
Gaz ziemny to metan, więc trochę lżejszy od powietrza, więc optymalną wysokością, na której powinien być zainstalowany czujnik, byłoby jakieś 30 cm od sufitu. Propan jest trochę cięższy od powietrza, więc można zainstalować kilkadziesiąt centymetrów od podłogi. Tlenek węgla ma ciężar właściwy zbliżony do powietrza, więc czujnik (np. MQ7) powinien być mniej więcej w połowie wysokości ściany.
Ustalenia punktu
progowego dokonujemy potencjometrem wbudowanym w moduł I W OBECNOŚCI
DOCELOWEGO ALARMOWEGO STĘŻENIA GAZU, NA KTÓRY CZUJKA MA REAGOWAĆ. Proszę
również unikać zabaw z butano-propanem (gazem do zapalniczek), gdyż na
butan sensor MQ-4 reaguje nieproporcjonalnie nadmiernie/przesadnie w
porównaniu z umiarkowaną odpowiedzią na metan/gaz ziemny.
A tak już wygląda w gotowej obudowie po jakimś tam sterowniku kotła:
Działa bez zarzutu, reaguje na nawet niewielkie stężenia gazu
ziemnego. Para wodna nie wzbudza fałszywego alarmu, opary ze smażonych
kotletów też nie. Dodałem także wyłącznik.
Kalibrację zrobiłem tak oto:
1. Na dwie minuty odkręciłem gaz (z jednego kurka).
2. Dałem czujnik na wysokość około 2 metrów (tuż nad kuchenką) i
potencjometrem ustawiłem tak, aby się odezwał (i tak już "na odezwaniu"
pozostał).
3. Odłączyłem zasilanie (= żeby hałas nie wkurzał), skręciłem
obudowę i zawiesiłem czujnik na ścianie obok wyciągu (wiem, wiem --->
jeszcze wyżej byłoby jeszcze lepiej, bo metan jest trochę lżejszy od
powietrza).
4. Poczekałem pół godziny, aż się kuchnia bardzo porządnie przewietrzy.
5. W międzyczasie dowaliłem na minusie zasilania (między płytką ze
stabilizatorami a płytką z czujnikiem właściwym) dławik 10 mikrohenrów
---> w moim przypadku było to konieczne, bo syrena nie zawsze
prawidłowo modulowała dwutonowo ---> zależy toto między innymi od
długości kabli i ich ułożenia ---> na pierścieniowym rdzeniu
ferrytowym o liczbie AL = 1500 nawinąłem trzy zwoje, ale oczywiście
nieco większa liczba zwojów byłaby jeszcze lepsza; jeśli nie mamy
dławika o wystarczającej odporności "amperażowej", to taki słabszy
"watowo" dławik możemy również zamontować na linii 12V (także między
płytką ze stabilizatorami a płytką z czujnikiem właściwym).
Proste, ale bardzo wszechstronne: uniwersalny tester kwarców/generator kwarcowy/”partyzancki”
generator sygnałowy LC według konceptu Macieja Bartkowiaka („Praktyczny Elektronik” 11/1996),
tutu akurat by Marcin Perliński zdrutowane
Śmiga z kwarcami fundamentalnymi/overtonowymi od 3 do kilkudziesięciu megaherców, zasilanie 12V
(stabilizowane), pobór prądu w moim egzemplarzu od 9 do 26 miliamperów, na
(nieobowiązkowym/dodatkowym) wyjściu pomiarowym podaje od 600 do 700 miliwoltów peak-peak. Jako
generator LC (= zamiast kwarcu wsadzamy cewkę i przyjmujemy pojemność rezonansową na poziomie 140 ...
150 pF) powinien bez problemu osiągać przynajmniej jakieś 90 MHz.
Przetestowałem pomyślnie również z
dwunóżkowym rezonatorem piezoceramicznym 6 MHz. Najniższe coś, co tym zmierzyłem, miało 3 MHz (z 6
kwarców „wysokich” 5 oscylowało równiuteńko, a jeden jakoś podejrzanie pływał między 2.8 a 3.2 MHz;
kwarce 1 i 2 MHz nie „poszły” wcale; nie udało mi się także wzbudzić rezonatorów piezoceramicznych 455 i
560 kHz, choć twórca tego układu wspomniał, że u niego „śmigało” już od 100 kHz), a najwyższą testowaną
przeze mnie częstotliwością było 27.145 MHz (ze współczesnego chińskiego kwarcu fundamentalnego).
Można
zbudować również w wersji podstawowej bez wyjścia pomiarowego (nie montujemy wtedy T2 i T3 oraz
towarzyszących im oporników R4, R5 i R6, a także kondensatora C3), dzięki czemu sam fakt zaświecenia się
diody LED będzie oznaczał kwarc sprawny (lub raczej sprawny), jednakże nie będziemy mieli już możliwości
łatwego sprawdzenia rzeczywistej częstotliwości i realnej fundamentalności/overtonowości rezonatora czy
obejrzenia przebiegu sinusoidalnego na ekranie oscyloskopu. Wersję uproszczoną/podstawową można wykonać
dosłownie z elektronicznego złomu (wystarczy dowolny w miarę współczesny „tranzystor NPN typu tranzystor”
z hFE w okolicach 200 oraz garść drobnicy, do wydłubania np. ze starego telewizora). Za BC547B wrzuciłem
2N3904 (z pinoutem U-EBC, hFE tutu akurat około 190), za BF245B dałem 2SK104 (także z pinoutem U-GSD).
Rezystora 51k nie miałem, więc zapakowałem 68k (bo 2SK104 i tak przecież otwiera dren nawet minimalnie
niżej niż BF245B - jest to JFET, który parametrowo jedną „nogą” stoi po stronie BF245A, a drugą już w
okolicach BF245B).
Wyjście pomiarowe podłączyłem do mojej własnego wystrugu sześciocyfrowej f-miarki (bazuje na Attiny2313,
kwarcu 20 MHz oraz wyświetlaczu LED ze wspólną anodą i koncepcie „chodzącym” do 10 MHz, znalezionym
na stronie danyk.cz, przedwzmacniacz/formator prostokąta z poziomami TTL jest znacznie ulepszonym forkiem
jabelowskiego zestawu J-260, a dzielnik przez 10 zrobiłem na scalaku SMD 74HC4017, do którego zwykłą
transformatorówką przylutowałem dosłownie 6 drucików). Napięcia „radiowe” zmierzyłem własnego wyrobu
podwajaczową sondą wielkiej częstotliwości według koncepcji kolegi Andrzeja Janeczka (SP5AHT) oraz w
oparciu o samodzielnie sporządzony nomogram przeliczający (siłą rzeczy nieliniowy) pomiar napięcia DC ze
zwykłego groszowego multimetru na w miarę rzeczywiste wartości peak-peak. Układ zabezpieczyłem przed
odwrotnym podłączeniem biegunów zasilania instalując diodę prostowniczą 1N4007 na wejściu plusa zasilania
(do układu próbnika kwarców dociera więc realnie około 11.3 V).
Osoby chcące wykorzystać niniejszy układ jako miernik indukcyjności powinny sporządzić sobie odpowiedni nomogram kalibrowany wielopunktowo (konceptowo/matematycznie można wykorzystać również tę publikację).
W (moim zdaniem) bardzo potrzebnej paczuszce *.rar, znajdziesz oryginalny artykuł Pana Bartkowiaka,
dokumentację sondy w.cz. (wraz z moim nomogramem) oraz f-miarki wraz przedwzmacniaczem/formatorem
prostokąta z poziomami TTL i dzielnikiem przez 10 (pracującym/przetestowanym do niemalże 45 MHz), a także
filmik, zdjęcia, wzory, niektóre noty aplikacyjne.
Termometr elektroniczny LED, usprytniony, według koncepcji użytkownika Zlodey z rosyjskiego forum vrtp.ru (2014), niniejsze wykonanie: Marcin Perliński (SP6MAJ), Dzierżoniów 2021
Się nasz kuchenny hitlerowski
alkoholowy termometr zaokienny firmy Fehrmann-Optik Zittau po ponad 85 latach działania trochę
rozkalibrował, bo pokazuje już prawie 3 stopnie więcej i ciągle
trzeba sobie w głowie toto trochę poodejmować, aby się skapnąć,
jaka jest rzeczywista temperatura zewnętrzna, więc postanowiłem
termometr elektroniczny zewnętrzny bezułamkowy, wielgachnocyfrowy,
ładnie świecący, ale po ślepiach nocą nic a nic nie rażący
oraz z gniazdka sieciowego na wieki wieków amen działający
wykonać. Dodatkową motywacją był fakt, że Moja Mama do
odczytania temperatury z tego starego adolfowca musiała każdorazowo
sięgać po okulary.
Mikrokontroler Attiny2313 plus
podstawka zwykła (nieprecyzyjna), czujnik temperatury DS18B20
(pinout U-MASA-DATA-PLUS), kwarc 4 MHz (tzw. niski), dwa kondziory
ceramiczne 22 pF (można zapakować także 15 pF lub 18 pF), 8
oporników 470 Ω (już nawet 0.125 wata wystarczy), 1 opornik 10
kΩ, 1 opornik 4.7 kΩ, dioda 1N4148, wyświetlacz LED
siedmiosegmentowy trzycyfrowy (multipleksowany) ze wspólną anodą
0.8 cala (współczesny, nowoczesny, skośnooki, low current, high
bright), 7805 oraz garść pomniejszej drobnicy, tudzież zasilacz
wtyczkowy 9 V 500 mA (trochę przewymiarowany amperażowo, bo
termometr niniejszy nie pobiera średnio więcej niż 30...40 mA).
Układ normalny ludzki i bezułamkowy,
bo przy pomiarze temperatury zewnętrznej to zazwyczaj zawracanie
głowy by było tymi całymi aptekarsko dokładnymi miejscami po
przecinku, ale za to sprytnie zaokrąglający wynik w górę
(dziesiąte ułamka 0.6 do 0.9 °C) lub w dół (dla dziesiątych
ułamka 0.1 do 0.5 °C). Jeśli kable czujnika nie podpięte, to
wyświetla trzy poziome kreski. Jeżeli jest zwarcie/woda w kablu lub
panuje jakiś nieprzewidziany i gigantyczny poziom zakłóceń na
linii transmisyjnej prowadzącej do czujnika, to wyświetli napis
„crc” (= błąd sumy kontrolnej). Po włączeniu na sekundę
zaświecają się wszystkie segmenty wyświetlacza, co pozwala na
jego pełne przetestowanie. Zakres mierzonych temperatur to – 50
do +125 °C. Autorem konceptu oraz softu jest użytkownik Zlodey z
rosyjskiego forum vrtp.ru („Термометр на
ATTINY2313+DS18B20 доработанный”) – adres wątku jest
taki oto:
Można tamże wykopać także i inne wsady *.hex dla kwarców o
innych popularnych częstotliwościach taktowania, wszelkie
ustawienia bitów konfiguracji, tzw. fusebitów, a także adekwatne
alternatywne wsady dla wyświetlacza ze wspólną katodą oraz
wszelkie możliwe kody źródłowe). Wielki szacun dla tego osobnika,
bo chłopisko łeb ewidentnie ma na karku.
Urządzenie niniejsze działa już od
ponad 5 miesięcy bardzo ładnie, dobrze i bezproblemowo. DS18B20
proponuję kupić raczej oryginalny lub naprawdę bardzo perfekcyjnie
i rzetelnie podrobiony (takie porządniejsze oryginalne lub zbliżone
do oryginału oraz z gwarantowaną pełną obsługą tzw. trybu
pasożytniczego na Allegro są obecnie w cenie niestety aż do 12 zł
za sztukę).
Wsad (*.hex) do proca (wariant dla
kwarcu 4 MHz oraz dla wyświetlacza ze wspólną anodą) ...
... wgrałem na starożytnym kompie z
portem LPT programatorem ISP, zrobionym zaledwie z kilku elementów.
Soft wgrywający to PonyProg 2000, a fusebity ustawiłem dokładnie
takie oto:
Po wgraniu wsadu i ustawieniu fusów może się zdarzyć
(choć nie musi), że komp/programator już nie zechce nigdy więcej
zobaczyć akurat tego zaprogramowanego właśnie przed momentem
proca, ale mało mnie to obchodzi, bo proc wsadzony do termometru
działa normalnie i tak, jak Pan Bóg przykazał, więc nie ma o co
płakać.
schemat: Zlodey (na rosyjskim forum vrtp.ru), zapasowy mirror
Układ wykonałem na plastikowej karcie
„Payback” z Kauflandu, w której szydłem wyprałem wszystkie
potrzebne otwory. Zasilanie poprzez złącze ARK, czujnik na kostce
żyrandolowej (bo akurat skończyły się mi złącza ARK). Od
siebie dodałem jeszcze prosty układ zasilający na 7805
(kondzior 100n MKSE przed i jeszcze raz 100n MKSE plus elektrolit 47
µF na 25V po nim; dokooptowałem także na kablu plusowym
jeszcze jedną diodę 1N4007 zaraz za złączem ARK, ale jeszcze
przed układem stabilizacji napięcia). Połączenia na tak
zaimprowizowanej płytce wykonywałem cienkim emaliowanym drutem
transformatorowym o grubości/średnicy około 0.25 mm. Miejsca,
gdzie druciki się krzyżowały, „dla pełnej spokojności”
zabezpieczyłem diorowskimi koszulkami igelitowymi, ukradzionymi (w
celach naukowych, oczywiście) jeszcze w klasie przedmaturalnej
(około 1990 roku) naszemu profesorowi od ZPT, szanownemu Panu
Jerzemu Fydrychowi. Obudowa to plastikowe opakowanie na kasetę
magnetofonową, w której pilniczkiem wykonałem przepusty kablowe.
Do obudowy tejże dokleiłem żelem sekundowym jeszcze jedną kartę
„Payback”, dzięki czemu bardzo ładnie dało się to zatknąć
za osłonę/maskownicę gniazda sieciowego, na którym termometr de
facto sobie stoi i z którego (poprzez zasilacz „wtyczkowy”) jest
zasilany.
Uwagi końcowe:
1. Se kup dobry (= działający)
czujnik temperatury i naprawdę bardzo, bardzo, bardzo dobrze go
zabezpiecz przed wpływami atmosferycznymi! Oszczędność/taniość
tu akurat nie zawsze popłaca. No i nerwów trochę szkoda. A może
rozważysz nawet zakup czujnika od razu wodoodpornie fabrycznie
zakapsułkowanego i z gotowym kablem przyłączeniowym o żądanej
długości, gdyż jeśli Twój dom nie ma konkretnego długiego okapu
dachowego, to zacinający deszcz prędzej czy później dostanie się
do czujnika i termometr (przynajmniej na jakiś czas) przestanie
działać.
2. Wyświetlacz musi być współczesny
low current. Układ nie korzysta z dodatkowych tranzystorów
kluczujących, a wydajność prądową uzyskuje poprzez bardzo
sprytne szybkie przełączanie połączonych równolegle portów
mikrokontrolera. Jeśli masz w domu jakieś archaiczne wyświetlacze
siedmiosegmentowe LED, np. z lat osiemdziesiątych czy też wczesnych
dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, to nie będą się one do
tego celu nadawały (ponieważ musiałbyś przerabiać układ
dodając, dla wyświetlacza ze wspólną anodą oczywiście, trzy
tranzystory kluczujące PNP wraz z odpowiednim zapleczem
rezystorowym). Model użytego przeze mnie wyświetlacza to 8031BG-1 firmy G-NOR (BG-1 to właściwie według katalogu powinien być kolor
zielony, ale może się tam jakiemuś Chińczykowi pod Pekinem po
pijaku maszyna znakująca obudowy źle ustawiła i z rozpędu
pojechał tymże kodem po czerwonych, bo ja zakupiłem akurat wariant
czerwony).
Mała ściąga
montażowa dla podłączających wyświetlacz LED do mikrokontrolera:
źródło: przykładowy producent podobnego wyświetlacza, zapasowy mirror
3. Oporniki odpowiadają za jasność:
470 Ω to wartość optymalna do naszej (bardzo ciemnej) kuchni, do
której słońce prawie wcale bezpośrednio nie zagląda, bo okno
jest od północnego wschodu. Można sięgnąć także po 430 Ω
(zaświeci jaśniej) lub 390 Ω (najjaśniej).
4. Zrobienie fachowej płytki
drukowanej będzie zawsze kulturalniejsze i niezawodniejsze niż moja
budżetowa januszowsko-druciarska papranina (no i ewentualna
naprawa/ogarnięcie mózgiem czegoś takiego będzie duuuużo
prostsze i wygodniejsze).
5. Podstawka proca u mnie jest
nieprecyzyjna, ale nieco droższa precyzyjna byłaby chyba jeszcze
lepsza, bo bardziej niezawodna (= nie zastrajkuje po iluś tam latach
działania/kontaktowania).
6. Proca programuj raczej już na
współczesnym kompie ze złączem USB. Niedrogi programator USBasp
kosztuje mniej więcej tyle, co paczka fajek. Softu możesz do tego
używać różnego (w Internecie znajdziesz mnóstwo różnych
podpowiedzi dotyczących tego zagadnienia). Gdybym posiadał
programator przez USB (bo akurat nie mam), to najprawdopodobniej
używałbym AVRDude wraz z javową nakładką graficzną Burn-O-Matic
(na windach AVRDude wymaga jeszcze wgrania sterowników do
programatora USBasp, a sam komputer musi mieć jeszcze zainstalowane
środowisko uruchomieniowe JRE, bo bez niego Burn-O-Matic nie ruszy).
7. Jeśli posiadasz klasyczny analogowy
alkoholowy czy bimetaliczny termometr zaokienny, to go pod żadnym
pozorem nie demontuj, a jeśli nie masz żadnego „starodawnego”
termometru, to go sobie koniecznie dokup za kilka złotych i
zamontuj. Jeśli zabraknie prądu, to nadal będziesz wiedział, jaka
jest temperatura. Pamiętaj, aby termometr czy czujnik termometru
elektronicznego montować w miejscu zacienionym. Optymalna wysokość
pomiarowa to 2 ... 2.5 metra nad poziomem gruntu, bo mniej więcej
na takich wysokościach pomiarów dokonują instytuty meteorologiczne
(i to właśnie dlatego do budek meteorologicznych prowadzą
niewielkie schodki lub krótka drabinka).
8. Dioda
1N4148 jest bezwzględnie obowiązkowa, ponieważ nie
tylko zabezpiecza układ przed odwrotnym podłączeniem biegunów
zasilania, ale i generuje odpowiedni spadek napięcia, poprawiający
warunki pracy czujnika temperatury. Bez tej diodki DS18B20, zwłaszcza
taki nieoryginalny, może nie działać lub się nawet natychmiast
uszkodzić.
9. Zasilanie to stabilizowane 5V.
Specjalnie na tę okazję zmajstrowałem prosty zasilacz/regulator
na 7805. Celowo nie użyłem bardziej miniaturowego 78L05, aby
mieć spokojniejsze i kulturalniejsze odprowadzanie (i tak bardzo
symbolicznych) ilości ciepła. Stabilizatora intencjonalnie nie
doginałem całkowicie do płytki, aby powietrze mogło go spokojnie
opływać ze wszystkich stron i również ze swoistą premedytacją zostawiłem
niewielką szparkę w obudowie w postaci minimalnego niedomknięcia
górnej podłużnej szczeliny pudełka po kasecie. I faktycznie –
układ jest co najwyżej „letniawy” i mimo różnych
kuchennych rewolucji w postaci nierzadko bardzo obficie buchających
wyziewów z gotujących się garnków nigdy nie zaparowuje. Ponieważ
przed moim stabilizatorem znajduje się jeszcze jedna (= czyli
sumarycznie już druga) dioda zabezpieczająca przed odwrotnym
podłączeniem biegunów zasilania (1N4007), udało się uzyskać
jeszcze jeden punkt łagodnego spadku napięcia i odprowadzania
ciepła, a zakres napięć, które należy doprowadzić do złącza
ARK, wynosi od 8 do 12 V, względnie nieznacznie powyżej (można
zasilać napięciem stałym niestabilizowanym lub stabilizowanym z
dowolnego wtyczkowego/innego zasilacza transformatorowego).
Zdecydowanie jednakże odradzam sięganie po współczesne budżetowe
skośnookie zasilacze impulsowe (np. tanie i beznadziejnie
ofiltrowane oraz rażąco nie spełniające jakichkolwiek norm
przeciwzakłóceniowych ładowarki od aktualnie produkowanych
telefonów komórkowych itd. itp.).
Oto paczuszka zbiorcza z wszystkimi
potrzebnymi materiałami (źródła, wsady, fusy, schematy,
dejtaszity, zdjęcia, filmik):
A pierwszego maja (kiedy sklepy akurat zamknięte) zachciało się masywniejsze nieco dwa akumulatorki NiMH kalibru R14, czyli rozmiar C (2 x 4000 mAh) naładować, a tu w domu tylko trzydziestoletnia ładowarka adolfowa, podająca maksymalnie 120 mA na akumulatorek, a producent ogniw zaleca prąd rzędu maksymalnie 800 mA przez 7 godzin. No i pogrzebałem w rupieciach/wylutach, odkurzyłem dawny schemat, dokopałem się do mechanicznie bardziej „pancernego” tranzystora niż zalecany przez projektanta układu BD135, by se tak na szybko zrobić działające oraz trochę przewymiarowane ustrojstwo (w razie potrzeby można jeszcze trochę/znaczniej zwiększyć prąd ładowania, np. dla NiMH kalibru R20, tzn. typ D, na zasadzie podmiany opornika RX na jeszcze mniejszy omowo i bardziej mocarny watowo). Cena ładowarki oscyluje w okolicach zera złotych, bo 99% elementów miałem za „całkowite darmo” (jedynie dwie kosteczki żyrandolowe i kawałeczek cyny oraz kapka kalafonii pokosztowałyby tyle, co kot napłakał).
źródło pierwotne: electrocircuits.com, poprawki: Marcin Perliński, zapasowy mirror
wyjanuszowanie oraz zdjątko: Marcin Perliński, zapasowy mirror
Aha, diodka LED na zdjęciu ma taką jakby uczernioną bańkę, bo to jest
typ "clear" i światło oraz okoliczne czarne przedmioty tak właśnie przez
nią prześwitują. :) To też ciekawe zjawisko fizyczne...
Tranzystor dałem MJE13003 z pinoutem BCE (półtoraamperowy wariant w obudowie TO-220, wkładka radiatorowa połączona z kolektorem), wydłubany z jakiejś dawnej masywniejszej świetlówki kompaktowej, opornik w bazie stuomowy (jednowatowiec), opornik ograniczający 2.2 Ω (dwuwatowy). Diodę LED dałem akurat zieloną (= zaświeca się dopiero w momencie, w którym podłączamy akumulatorek/akumulatorki i zaczyna do nich płynąć nominalny amperaż). Karmię to stabilizowanymi 12 woltami (równe 12.0 V z zasilacza jednoamperowego), dlatego diodę prostowniczą (na schemacie jako 1N4001) dałem w szereg jako dwie sztuki 1N4007 jedna za drugą (bo ładuję dwa akumulatorki NiMH 4000 mAh w kalibrze R14 połączone szeregowo, a tabelka sugeruję maksymalnie napięcie wejściowe na poziomie 11V). Warto także rozważyć dodanie jeszcze jednej, tzn. trzeciej, diody do szeregu (każda obniża napięcie wejściowe o około 0.66 wolta). Prąd zwarciowy 0.8 A, prąd nominalny (ładujący) podawany do akumulatorków to równiutkie 0.6 A, napięcie jałowe na zaciskach wyjściowych nieobciążonej ładowarki to 10.8 V, napięcie typowe końcowe przy obciążeniu wyjścia ładowarki akumulatorkami ma (pomału/w trakcie procesu ładowania) dojść/wzrosnąć do 2.9 V (czyli do idealnie regulaminowych podręcznikowych 1.45 V na jeden akumulatorek) i wtedy już MUSIMY odłączyć się od ładowarki, bo ogniwa są w pełni naładowane, a przeładowywanie, jak wiadomo, jest niestety bardzo niewskazane. Tranzystor jest „zaradiatorowany” na stalowej blaszce/płytce (6 x 6 cm), czyli dociążaczu dawnych inpostowych przesyłek kopertowych.
Układ NIE MA PEŁNEJ AUTOMATYKI, więc przy ładowaniu prądem np. 1/10C powinniśmy akumulatorki odłączyć od ładowarki po około 14 godzinach (w moim przypadku 4000 mAh / 600 mA = 6.66 x 1.4 = 9 godzin z małym hakiem). Obowiązuje zatem zasada, że ładujemy „do pełna” plus jeszcze 40% „na dokładkę” (dlatego w przedstawionym przykładzie obliczenia mnożyliśmy przez współczynnik 1.4; niektóre współczesne źródła zezwalają nawet na współczynniki rzędu 1.5 czy 1.6). Zasada ta dotyczy oczywiście ogniwa całkowicie rozładowanego, a więc takiego, na którym możemy zmierzyć około 1V lub nieznacznie poniżej (czyli około 2V dla dwóch akumulatorków połączonych szeregowo).
Przetestowałem również na akumulatorze samochodowym oraz na prostowniku do ładowania akumulatorów (takim dawnym „besterowskim” transformatorowym czteroamperowcu), jednakże przed podłączeniem dokoptowałem do szeregu diodowego jeszcze dwie sztuki 1N4007 (bo akumulator samochodowy/klasyczny prostownik transformatorowy podaje trochę więcej napięcia niż zalecane dla dwóch połączonych szeregowo ogniw NiMH „tabelkowe” 11V). Piękne źródło prądowe wyszło, które zawsze niezawodnie ogranicza np. do zadanych 600 mA. No i wskaźnik realnego fizycznego nominalnego przepływu amperażu także mamy, bo diodka LED świeci, kiedy ogniwa „piją sobie” np. 600 mA z ładowarki (a przy 300 mA się już nie zaświeci, bo to poniżej nominału, choć urządzonko niniejsze energię oczywiście na wyjściu jak najbardziej nadal podawać raczy).
Wysepki izolacyjne na blasze radiatorzyska to kauflandowa karta "Payback" pocięta i przyklejona dziesięciominutowym klejem epoksydowym. Tranzystor oraz kostki żyrandolowe przykręcone porządnymi śrubiskami. Napis "OUT" zrobiony wodoodpornym pisakiem plus zabezpieczony przed starciem poprzez naklejenie taśmy klejącej. Kabliska wszystkie grube, lutowane z dość sporą dodatkową dozą kalafonii.
I tym sposobem zamiast ładować prawie 50 godzin problem ogarnąłem cyklem dziewięciogodzinnym. I moje radyjko na BK1068 znowu pięknie zasuwa (dokonałem w nim jednakże kilku modyfikacji, aby głośniej grało przy zastosowaniu nieco niższego napięcia zasilającego z uwagi na użycie ogniw NiMH zamiast typowych jednorazowych alkalicznych R14), a także dodałem dedykowane złącze ładowania, dzięki któremu nie muszę rozbierać odbiornika w celu naładowania akumulatorków.
Przypominam, że kolektor tranzystora jest galwanicznie połączony z wkładką radiatorową, a ta jest przecież przykręcona do blaszyska/radiatorzyska, więc minus wyjściowy (= ten doprowadzany do ładowanych akumulatorków) także tam się znajduje, więc musimy to uwzględnić w ramach montażu/odizolowywania poszczególnych komponentów oraz samego użytkowania układu.
Wskazówki bezpieczeństwa! Nie ma układów całkowicie bezpiecznych! Już nawet kilkadziesiąt miliamperów (np. ze zwykłej bateryjki dziewięciowoltowej) może stopić cieniutki „włoskowaty” druciczek i przy sporej dozie pecha wywołać pożar, a co dopiero mówić o setkach miliamperów! Podłączanie się do akumulatora samochodowego bez stosownego bezpiecznika w przypadku zwarcia (np. na wejściu ładowarki) to już ewidentny huk, błysk, trzask, gorąc, ogień, smród i nawet „łapów poparzenie” wpalającym się w nie gorejącym kablem! Akumulator samochodowy jest w stanie „rzygnąć” setkami amperów (bo po to został wymyślony, aby obracać potężnie energożernym rozrusznikiem). Wszystko zatem robisz na własną odpowiedzialność! Jeśli masz wątpliwości, to pytaj elektryka z uprawnieniami i KONIECZNIE pokaż mu ten układ przed użytkowaniem! Nie przeładowuj akumulatorków i nie zostawiaj działającego układu bez nadzoru (jeśli już musisz na chwilę wyjść z domu, to połóż wszystko na jakimś betonie, tarasie, kafelkach, posadzce lub chociażby wsadź np. do emaliowanego wiadra/gara, umieść na emaliowanej blasze do pieczenia, w ceramicznej makutrze, donicy itd. itp.). Układ niniejszy warto zabezpieczyć na wejściu stosownym bezpiecznikiem topikowym (np. jednoamperowym).